 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
 |
|
|
|
Słuchaj radia
po polsku

kliknij - tutaj
|
|
|
|

Zamów
Magazyn Polonii
PO-PROSTU
www.po-prostu.eu/
|
|
|
|

Taniej jak z nami
do Polski nie polecisz!
kliknij - Wiecej info
Natychmiastowa
rezerwacja lotów
|
|
|
|
Zdrowiew rodzinie! kliknij Wiecej info |
|
|
|
Pomoc psychologa!
kliknijWiecej info. |
|
|
|
Medycyna naturalna! Kliknij - Wiecej info. |
|
|
|
niezależne i neutralne doradztwo finansowe

Janusz Czekala
kliknij - Wiecej info.
|
|
|
|
Tłumacz
przysięgły języka
POLSKIEGO
DOMINIKA HILGER
kliknij - Wiecej Info.
|
|
|
|
Tłumaczenia i
Informacje

kliknij - Wiecej info.
|
|
|
|
Izabela S. Demacker
Rechtsanwältin
Gabelsbergerstrasse 9
80333 München
Fon.: 089/85 63 63 55
Fax: 089/85 63 63 56
www.kanzlei-demacker.de
info@kanzlei-demacker.de
kliknij - Wiecej info.
|
|
 |
 |
|
Wspomnienia parafian
z Parafii Polskiej pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, Jutrzenki Wolności i PokojuPolska Misja Katolicka Monachium II w sześćdziesięcioleciePolskiej Misji Katolickiej w Monachium Nasz drugi, rodzinny dom. Za czasów ks. Czesława Nowaka (a było tego, Bogu dziękować, 15 lat) Polską Parafię w Monachium na Neuperlachu nazywaliśmy naszym drugim rodzinnym domem.Tam – słuchaliśmy wspaniałych kazań.Tam – świętowaliśmy Pasterki, Rezurekcje, chrzciny, przyjęcia do pierwszej Komunii św. Bierzmowania, (nie ważne, że nie własnych dzieci), pogrzeby, urodziny, imieniny, rocznice ślubu i inne jubileusze rodzinne i narodowe święta itd..Tam – odbywały się zabawy, lanie wosku w tradycyjne „Andrzejki”.Tam – odbywały się spotkania kobiet z okazji 8 marca. W tym dniu proboszcz przygotowywał sam coś dobrego do przekąszenia dla kobiet w podziękowaniu za pracę jaką to one, przede wszystkim, wkładały w przygotowanie wszystkich przyjęć parafialnych. A ja rozdawałem naszym paniom róże z cynkowego wiadra.Tam – gościliśmy księży misjonarzy, organizowaliśmy tombolę i spotkania przy kawie i cieście, żeby wspomóc finansowo ich pracę na misjach.Tam … spotykaliśmy się pod byle pretekstem, po prostu, żeby spotkać znajomych, przyjaciół, aby być ze sobą i porozmawiać o naszych radościach i problemach, pośpiewać polskie piosenki i pośmiać się.Ks. Czesław Nowak często bywał z nami, nie raz tylko na krótko, prawie zawsze przygotowując dla nas jakąś nową potrawę, a trzeba przyznać, że gotować to on potrafi. Kto nie jadł jego zupy rybnej, ślimaków, zupy z dyni czy lasagne - ma czego żałować.Jeśli nie mógł uczestniczyć w naszych spotkaniach, ponieważ miał ważniejsze obowiązki, oddawał nam salę, ufał nam. Czuliśmy się jak u siebie w domu. Dużo zawdzięczamy tej Parafii i ks. Czesławowi Nowakowi. Brak nam go bardzo, brak rodzinnej atmosfery, brak naszego polskiego domu.Joshua Singer, żydowski pisarz z Polski, w jednym ze swoich opowiadań opisywał życie polskich Żydów przed wojną, nikogo o nic nie oskarżał, często tylko pisał „szkoda, że tego już nie ma”. Ja również nikogo o nic nie oskarżam, a tylko żałuję, że tego co było już nie ma, czyli naszego drugiego, rodzinnego domu.Marian Machalica* * * Trzy Msze św. prymicyjne Uważam, że każde powołanie kapłańskie to szczególne Błogosławieństwo Boże dla parafii, a zwłaszcza jeżeli chodzi o parafie emigracyjne, gdzie ludzie po opuszczeniu kraju w ciężkich czasach, przede wszystkim zainteresowani są życiem wygodnym i komercyjnym. Jestem pełna podziwu i wdzięczności dla tych młodych ludzi, którzy posłuchali głosu własnego serca i wybrali w tym „nowoczesnym, zwariowanym i dziwnym świecie” właśnie drogę poświęceń dla innych.I z takimi cudownymi przypadkami spotkaliśmy się w naszej parafii. Na pewno dzięki woli Bożej, ale i również opiece duchowej proboszcza, ks. Czesława Nowaka, który w ciągu 15 lat prowadzenia tej placówki pomógł trzem młodym ludziom dojść do kapłaństwa.W 1995 r. przeżywaliśmy wszyscy Mszę św. prymicyjną ks. Sławomira Śledziewskiego, który jako studiujący kleryk wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Monachijskim, a później jako doktorant na tym samym Uniwersytecie, był od roku 1991 do roku 1997 nauczycielem religii w naszej Szkole jak również założycielem młodzieżowego zespołu wokalno – muzycznego. On w ogóle poświęcał każdą wolną chwilę naszej parafii. Święcenia kapłańskie Sławka odbyły się w Łomży, no więc tam pojechaliśmy liczną grupą wraz z ks. Czesławem Nowakiem. W drodze modliliśmy się w jego intencji na Jasnej Górze. To było wielkie przeżycie, ta modlitwa. Jak naprawdę za kogoś najbliższego, jak za brata czy dziecko, albo własnych rodziców. Na primicję w Monachium z kolei przybyli z Polski również rodzice ks. Śledziewskiego. To była wielka uroczystość we wspaniałej oprawie muzycznej, w koncelebrze z tutejszymi kapłanami, przy pełnym kościele parafian, z primicyjnym błogosławieństwem parafii na zakończenie. A po mszy... niezapomniane przyjęcie przygotowane przez nas wszystkich, bo Sławka wszyscy kochali - dla młodzieży był wspaniałym przyjacielem, dla dzieci wymagającym wychowawcą, a dla dorosłych też wesołym i muzykalnym wodzirejem imprez parafialnych, czyli jak mówi polskie przysłowie „ksiądz do tańca i do różańca”. No i ucieszyliśmy się bardzo z faktu, że jeszcze przez kilka lat pozostanie z nami, ponieważ biskup wyraził zgodę na dalsze studia ks. Sławka w Monachium. A druga Msza św. prymicyjna... - była odprawiona w roku 1998 przez ks. Andrzeja Kołakowa, który po dziesięciu latach pobytu na emigracji wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w diecezji Szczecińsko - Kamieńskiej. Święcenia kapłańskie Andrzej Kołakow przyjął z rąk ks. abp Mariana Przykuckiego 31 maja 1998 r. w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego w Szczecinie. I znowu na tą uroczystość pojechał z nami ks. Czesław Nowak. I znowu było to wielkim przeżyciem dla nas wszystkich, mnie oczywiście aż wyciskającym łzy z oczu. Cieszyliśmy się razem z ks. Andrzejem, że spełniły się jego marzenia i jesteśmy dumni z niego, że jako jedyny z emigracji monachijskiej wybrał tą drogę i prosiliśmy Pana Boga, aby wspierał i otaczał Go zawsze swoją opieką. 14.06.1998 r. była primicja w naszym kościele w Monachium. Przyjechali klerycy a także duża grupa księży profesorów z Seminarium Duchownego w Szczecinie, księża z Centrali Polskiego Duszpasterstwa w Niemczech, księża z Monachium oraz przedstawiciel z miejscowego ordynariatu. Andrzej Mszę św. prymicyjną odprawiał w koncelebrze z 25 księżmi. Do kościoła wprowadzono go w procesji, w asyście parafialnego zespołu folklorystycznego „Polonez”. Przed kościołem witały go dzieci, w kościele przewodniczący Rady Parafialnej oraz ks. proboszcz. W czasie Mszy grał zespół z Parafii Polskiej z Würzburga. A potem życzenia złożyła mu młodzież, jego młodzież, z którą tyle lat był na codzień. Andrzej podziękował całej parafii za wsparcie modlitewne przez cały okres studiów, za obecność na wszystkich święceniach, za to, że nigdy nie czuł się opuszczony przez tą parafię - mimo tak dużej odległości. W czasie poczęstunku w Sali parafialnej ks. Andrzej jak zawsze uśmiechnięty (choć na pewno zmęczony) wspominał jak grupa monachijska zorganizowała mu w Szczecinie „wieczór kawalerski”. To niezapomniane spotkanie trwało do późnych godzin wieczornych i nie tylko mnie kręciły się łzy w oczach, gdy dobiegło końca. Andrzej wracał przecież do pracy kapłańskiej w Polsce.Tego samego roku, 20 września, kolejną prymicję odprawił u nas ks. Robert Kuźnik. Robert otrzymał święcenia kapłańskie w Ameryce, w Nowym Jorku. Przez cały okres studiów teologicznych ks. proboszcz Czesław Nowak był jego opiekunem duchowym. Z ks. Robertem ze względu na odległość (Europa – Ameryka) spotykaliśmy się rzadziej, bo tylko w wakacje, ale byliśmy z nim w stałym kontakcie listowym i swoim humorem zawsze nas urzekał. Wrócił do Ameryki, gdzie wielu Polaków potrzebuje duszpasterzy – a i Amerykanom przyda się zapewne wspaniały, młody i dzielny polski kapłan. Jestem bardzo dumna, że w parafii, do której należę od 14 lat odbyły się te trzy Msze św. prymicyjne. Ks. Czesław potrafił zadbać o powołania kapłańskie i wspaniale je prowadził. Dziś jest już w Polsce, w swej macierzystej diecezji. Szkoda, że nie z nami, ale życzę mu, by tak dalej swoją postawą umiał zachęcać młodych ludzi do życia w kapłaństwie.Elżbieta Kołakow* * * Zimowisko w Berchtesgaden W zimowisku wzięły udział 73 osoby. Program zimowiska przygotowany przez panią Elżbietę Kołakow był bardzo bogaty. Zwiedziliśmy kopalnię soli, byliśmy na torze saneczkowym nad Königsee, wielką frajdą dla dzieci i dla dorosłych okazał się również kulig.W 1999 r.(bo właśnie w tym roku odbyło się to zimowisko) spadło bardzo dużo śniegu, miejscami zaspy śnieżne osiągały ponad 1 m wysokości dla dzieci była to niesamowita uciecha gdy mogły wskakiwać w takie wysokie „pierzyny śnieżne” bardziej denerwowali się rodzice, żeby dzieci nie rozchorowały się, ale na szczęście wszyscy wrócili do domów zdrowi. Postanowiliśmy wykorzystać warunki i dlatego śniegowe szaleństwa nie mały końca. Lepiliśmy bałwany i śnieżne fortece, rozgrywaliśmy śnieżne bitwy, jeździliśmy na łyżwach i zjeżdżaliśmy na sankach i nartach. Zorganizowaliśmy również pieczenie kiełbasek na rożnie. Rożno ustawiliśmy na polance przed schroniskiem, na śniegu i pieczenie kiełbasek odbywało się na świeżym powietrzu przy polskich piosenkach biesiadnych i tańcach oraz ciepłej herbatce. Ta wspaniała impreza trwała do późnego wieczora. Wieczorem każdego dnia organizowane były gry i zabawy dla dzieci. Odbyły się również zabawy karnawałowe (w strojach karnawałowych) dla dzieci i rodziców. Było to moje pierwsze zimowisko, w którym wzięłam udział. Atmosfera, która tam panowała taka serdeczna, i taka rodzinna przekonała mnie do wzięcia udziału w następnych takich imprezach.Dziękuję ks. Czesławowi Nowakowi i jego współpracownikom za wspaniałą organizację wszystkich imprez przy parafialnych i atmosferę jaka panowała w PMK – Monachium II do 2004 r.Teresa * * * Pierwsze kroki na światowe estrady. Z Parafią Polską w Monachium na Neuperlachu związana jestem od roku 2002. Trafiłam tam dzięki pani Elżbiecie Kołakow, którą poznałam w konsulacie na przyjęciu pożegnalnym Pani Konsul Jolanty Róży Kozłowskiej. Pierwsze dni pobytu w Monachium były dla mnie koszmarne, czułam się bardzo samotna. Ucieszyłam się, gdy pani Ela oznajmiła mi, że w Monachium jest Polska Parafia i tam mogę spotkać również swoich rówieśników i wielu serdecznych ludzi. Było to dla mnie bardzo ważne, ponieważ miałam wtedy dopiero 15 lat i bardzo tęskniłam za swoimi rodzicami, rodzeństwem oraz koleżankami i kolegami, którzy pozostali w Polsce, a ja otrzymałam stypendium w Wyższej Szkole Muzycznej w Monachium w klasie harfy i musiałam na długi czas rozstać się z nimi. W Parafii poznałam ks. Czesława Nowaka, który był dla mnie jak „mój drugi tata”, gdy trzeba było pokrzyczał na mnie, z pochwałami był bardzo ostrożny, ponieważ uważał, że na to jest zawsze czas. Moi rodzice byli bardzo zadowoleni z tego, że właśnie ksiądz sprawował nadzór nad moim zachowaniem i potrafił poskromić mnie w moich młodzieńczych pomysłach. W Parafii poznałam również wspaniałą rodzinę Kuczer, którzy mają córkę Sylwię, którą pokochałam jak własną siostrę i przyjaźnię się z nią do chwili obecnej. Pani Zofia Kuczer i pan Ryszard Kuczer zaakceptowali mnie również jak córkę, za co jestem im bardzo wdzięczna i czuję się u nich jak we własnym domu. Te pyszne obiadki i kolacje, które przygotowuje pani Zosia są rewelacyjne, a dla tak młodej studentki, która walczy ciągle z czasem między próbami a koncertami jest to po prostu bajeczna sytuacja.Pani Eli Kołakow jestem wdzięczna za organizowane koncerty Młodych Talentów, do udziału w których zawsze byłam zaproszona. To bardzo ważne koncerty, dla młodych artystów, gdyż pierwsze kontakty z publicznością są tak samo konieczne jak trudne i dobra atmosfera wokół nas czasem jest zupełnie decydująca. W tych koncertach wzięło już udział wielu moich kolegów i koleżanek i to, że dziś grają na estradach całego niemal świata, to również zasługa Pani Eli i naszej parafii, w której to wszystko mogło się odbywać.Joanna Liberadzka
* * *
Drugie Przyjęcie. Co tu dużo gadać! Jesteśmy inni niż nasze niemieckie otoczenie. No i dobrze!Przyjechałem do Niemiec jako dziecko blisko 30 lat temu. Niestety gorzej radzę sobie dziś z polski językiem niż z Niemieckim. Ale co tam! Tak się składa.Do przedszkola chodziłem angielskiego, do szkół potem niemieckich, moi koledzy od początku to byli Niemcy, albo Francuzi czy Amerykanie. Polacy też, ale rzadziej się z nimi bawiłem czy co innego, bo mieszkaliśmy daleko od polskich skupisk w Monachium, a rodzice mieli mało czasu, by mnie wozić do parafii. Ale mam kilka osób bliskich z Polaków; Paula, Kuba... potem na studiach też było kilka osób... i inni.U nas w domu była zawsze Polska. I w mowie i w modlitwie i w obyczajach i w świętach i w książkach, tylko bardzo długo nie mogliśmy przez szczególną pracę rodziców jeździć do Polski. Teraz to nadrabiam, jak mogę. Do pierwszej Komunii św. przygotowali mnie w szkole niemieckiej na lekcjach religii. Uroczystość była nawet duża, przyszło na uroczysty obiad wielu znajomych rodziców z Polaków i w ogóle było świątecznie, ale to wszystko było inaczej, jak oni opowiadali o swoich przyjęciach w Polsce. Było mi jakoś przykro, że tak się stało. Do parafii polskiej nie chodziliśmy wtedy, bo rodzice uważali, że dzieje się tam nie za dobrze. Ale...Z moim kolegą Kubą, synem od przyjaciół rodziców, pojechaliśmy na wakacje do Mainz, do księdza Nowaka, który tam był w parafii. To było życie! Dookoła winnice jak daleko tylko było widać, mama księdza jak babcia najbliższa, a i przychodziły polskie chłopaki i w ogóle. Akurat ksiądz przygotowywał w swojej parafii do pierwszej Komunii. To razem z Kubą poszliśmy na te lekcje, no i....Za dwa tygodnie przyjechali nasi rodzice z ubraniami uroczystymi i krawatami (pierwszy raz w życiu miałem krawat na sobie) i zostaliśmy przyjęci po raz drugi. Tym razem naprawdę wszystko było po polsku. Wszystko. Tak, jak opowiadali mi rodzice o swoich przyjęciach i ich znajomi na tym obiedzie w Monachium. I też dostałem zegarek i ryngraf z Matką Boską i był placek z kruszonką. Długo by opowiadać o tym dniu.Gdy ksiądz Czesław przyjechał w końcu do Monachium już miałem gdzie ministrantować i już podrosłem na tyle, żeby czasami sam wybrać się na Perlach.Może to nie jest za dobrze na całe życie, ale na razie trudno mi chodzić do niemieckiej parafii, którą mam pod nosem. Chodzę na polskie Msze, bo jakoś tak się nauczyłem, bo tak naprawdę jesteśmy jednak inni niż nasze codzienne otoczenie. Ja tak myślę – a Wy?Bartek* * * Cud dokonany – czyli Hanysy i Gorole. Pochodzę z Wrocławia – a do Niemiec przyjechałam mając 42 lata.Przedtem w Polsce- sporo przeżyć. Dużo by opowiadać, ale... - jeździłam z dziećmi na wczasy nad morze „rozklekotaną limuzyną”, która w porywach osiągała 80 km/godz. Zwykle mieszkaliśmy w tzw. domkach campingowych, warunki mniej niż skromne, ale cóż... - ogólnodostępne dla Polaków. Aż tu któregoś roku w czasie spacerów po nadmorskiej miejscowości zobaczyłam wielkie ogrodzone tereny, a na nich wybudowane przepiękne domy wczasowe z placami zabaw dla dzieci. Ludzie, którzy wypoczywali w tych domach posiadali również „sporą kasę”. Mówili gwarą – byli to Ślązacy, których przyznam się szczerze, nie darzyłam wtedy wielką sympatią.Ale w życiu dużo się zmienia.W 1999 roku po ogłoszeniu w kościele przez ks. Czesława Nowaka (proboszcza Polskiej Parafii Monachium - Neuperlach) pielgrzymki do Grecji śladami św. Pawła, postanowiliśmy wraz z mężem wziąć w niej udział. Pielgrzymka była wspaniale zorganizowana. Po powrocie ks. Czesław Nowak zorganizował spotkanie po pielgrzymkowe, na które i nas zaprosił. W czasie spotkania oglądaliśmy zdjęcia i dowiedzieliśmy się jeszcze wielu ciekawych rzeczy o Grecji, a zwłaszcza o przebogatej historii tego kraju, którą ks. Nowak potrafi w tak interesujący sposób opowiadać. Uczestnicy pielgrzymki przygotowali na ten wieczór wiele wspaniałych greckich potraw. Atmosfera, jaka panowała w czasie całej pielgrzymki i na tym spotkaniu przekonała nas do tej wspólnoty i do ks. Czesława Nowaka– stwierdziliśmy, że to jest to, czego w czasie naszej emigracji szukaliśmy. I od tej pory przylgnęliśmy do tej parafii jak glony.Było mnóstwo wspaniałych przeżyć, ale jednym z największych dla mnie było ponowne spotkanie się ze Ślązakami.Ludzie wykształceni, kulturalni, mówiący i śpiewający o Śląsku i Polsce z ogromną miłością i to wszystko dalej w tym dziwnym języku – w gwarze śląskiej, a w rozmowach z ludźmi z innych regionów Polski mówiący czystą polszczyzną. W czasie spotkań w parafii dowiedziałam się, że ja jestem „Gorolka” a oni to „Hanysy. Najpierw byłam tymi określeniami trochę zaskoczona. Wtedy ks. Czesław Nowak próbował mi w kilku słowach wyjaśnić mentalność Ślązaków. Trudno mi w tej chwili zacytować jego słowa, ale sens ich był taki: „Ślązacy to ludzie szczerzy, oddani całym sercem Polsce, Śląsk to dla nich przecież jedna z krain Polski, to naród bardzo ciężko pracujący, pielęgnujący swoją gwarę i swoje tradycje, oddani Kościołowi i chwała im za to”. I to jest prawda. Gdy zaczęłam bardziej wnikliwie obserwować ich zaangażowanie w życie parafii, szczerość w kontaktach między ludzkich, słuchać śpiewu wesołego i melancholijnego, w którym słychać tęsknotę za domem rodzinnym, zrobiło mi się wstyd , że tak mało o tych ludziach wiedziałam, i że miałam takie uprzedzenia. Przekonałam się, że oni są tacy „węglo - maślani”, twardzi jak węgiel w zwalczaniu trudności i miękcy jak masło, gdy trzeba pomóc drugiemu człowiekowi. Pokochałam ich! Cieszę się, że mam wśród przyjaciół Martę, która jeszcze w Grecji mówiła do mnie, patrz czy to nie jest „zakuntek” raju. Henia, któremu czasami zdarza się powiedzieć „dziewucha, ty żeś fajno kobita”, Marysię i Józika i wielu innych. I o dziwo ich język nagle stał się nagle zrozumiały.Mając 54 lata ja „Gorolka”, w Polskiej parafii za granicą przeżyłam mój mały cud, poznałam i pokochałam „Hanysów”. Było to możliwe właśnie dzięki częstym spotkaniom w parafii, które umożliwiał nam ks. Czesław Nowak. Serdeczne Bóg zapłać mu za to!Irena Machalica
* * *
Szaleństwo czy metoda? Po dwudziestu latach na emigracji pojechałem na trzy lata pracować do Polski. Kolejny „wiatr” przeganiał mnie po świecie. Aż tu któregoś dnia dowiaduję się, że w mojej Monachijskiej parafii powstał Instytut Badań Kultury Emigracji o światowym zasięgu. Mimo, że znałem energię i talenty mego proboszcza – zbaraniałem. No bo co tu dużo gadać! – przyzwyczajony byłem do mierzenia zamiarów podług sił, a nie odwrotnie, a tu... sami powiedzcie, czy to mogło się powieść?Po kilku miesiącach dowiedziałem się, że światowe spotkanie Instytutu odbyło się w Cann, uczestnicy z trzech kontynentów.... drugie w Barcelonie... z czterech kontynentów. Na liście uczestników widzę profesorów, biskupów, wielu znanych mi artystów. Zbaraniałem znowu grzebiąc w piasku na sopockiej plaży.Gdy wróciłem do Monachium wziąłem udział w kolejnym spotkaniu i... wszystko zrozumiałem. Idea była wspaniała i nośna! Nie pora oceniać dorobek naukowy, bo nie on był tym największym odkryciem ks. Nowaka. Ta rewelacja, to co przyciągało do współpracy poważnych Polaków z całego świata, polegało na zrozumieniu, że tak jak w chrześcijaństwie osobiste świadectwo człowieka żywego i konkretnego więcej znaczy od opasłych i szacownych tomów naukowych opracowań. Na spotkania Instytutu przyjeżdżali ludzie o tak różnym wykształceniu, kulturze, życiorysach, z tak niesamowicie odmiennymi doświadczeniami życiowymi, w różnym wieku.... profesorowie z Kanady i wikariusze z Syberii, artyści i dziennikarze z nad Sekwany i katechetki spod Lwowa, które po raz pierwszy w życiu przekroczyły granice byłego ZSRR, w którym się urodziły, w rodzinach polskich, ukraińskich czy jeszcze jakich tam innych... ileż podróży musiałby każdy z nas odbyć, by tych ludzi choć raz w życiu spotkać.Tak! Na tym polegało to zasadnicze odkrycie Instytutu – na wzajemnym poznawaniu się ludzi i ich poglądów, przemyśleń, lęków i osiągnięć, ludzi, którzy w dzisiejszym skatalogowanym i poszufladkowanym świecie mieli niewielką szansę się poznać, zobaczyć, zrozumieć, słowem – wzbogacić się nowym ludzkim światem wzajemnie.Przedtem o Polakach na przepastnych przestrzeniach wiedziałem dużo, bo było to moim zawodem od lat, teraz mogłem zacząć ich rozumieć. Książce nie zadasz pytania naiwnego, choć czasem kluczowego dla rozumienia problematyki ludzkiej – człowiek ci na nie odpowie.To jest ważna praca, a tak naprawdę zobaczyłem, że... wiara rzeczywiście może przenosić góry, a przynajmniej ludzi przez nie i przez morza i przez pustynie i rzeki i w ogóle. No i dobrze! W tym szaleństwie była jednak solidna metoda.Marcin Idziński.
* * *
O zazdrości. Każdy jubileusz jest dobrą okazją do rozważań i wspomnień. I tak jubileusz powstania PMK w Monachium skłonił nas do kilku refleksji związanych z tym faktem, a dokładniej z osobą ks. Czesława Nowaka. Ks. proboszcza poznaliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych i tym samym staliśmy się świadkami tworzenia się i rozwoju parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej Jutrzenki Wolności i Pokoju. Poznaliśmy wielkiego kapłana i nieprzeciętnego człowieka o wielkiej sile wewnętrznej, niespożytej energii i niezmiernym talencie organizacyjnym. Z podziwem obserwowaliśmy, jak z roku na rok rozrastała się i jak wielką rolę zaczęła odgrywać ta parafia w życiu tutejszych Polonusów. Ks. proboszcz trafiał do wszystkich i słowem i czynem. Nieraz byliśmy świadkami spotkań księdza z młodzieżą; spotkań bardzo serdecznych, choć spontanicznych, nieraz przypadkowych, ponadplanowych. Ten człowiek gromadził wokół siebie dzieci, ale i fascynował dorosłych. Jednym słowem – w krótkim czasie stworzył parafię tryskającą życiem, energiczną i prężną. Jesteśmy mu dziś wdzięczni i za katechezę i za wspaniałe pielgrzymki i za organizowanie życia kulturalno-towarzyskiego, za patronaty nad dobrymi działaniami na rzecz dzieci i młodzieży (wiosenne debiuty artystyczne, zimowiska itp.), za jego wielkie serce dla nas wszystkich. Dziś trudno wyobrazić sobie życie Polonii w Monachium bez tej parafii, choć tak los się ułożył. Wiemy, że to trochę niechrześcijański, za to bardzo ludzki odruch – zazdrość. Zazdrościmy, tak – zazdrościmy tym, którymi teraz opiekuje się nasz ukochany proboszcz w swej dawnej diecezji w Polsce. Zazdrościmy tym, którzy mogą doznawać dobrodziejstw kapłaństwa, troski i przyjaźni naszego księdza, Czesława Nowaka.Krystyna i Jan Olszówki* * *"Ludzie mówią, czas to pieniądz, a ja wam mówię czas to miłość" Słowa naszego Kardynała Stefana Wyszyńskiego, które udało mi się tutaj na emigracjiGłębiej zrozumieć. Kiedy w styczniu 1990 roku z wiza ważną 10 dni wylądowałam w Monachium nawet przez myśl mi nie przyszło, ze moja emigracja potrwa aż 16-cie lat?Kiedy po raz pierwszy kroki moje skierowałam do Kościoła św. Moniki, do Parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej Jutrzenki Wolnosci i Pokoju, nie przypuszczalam, ze bedzie to moja "wielka polonijna przygoda?.To tutaj Ks.Czeslaw Nowak tworzył i budował dla nas Polaków życie religijne, kulturalne i każde inne.Przy Parafii powstał dla wielu z nas drugi dom rodzinny, którego Ojcem był nasz Proboszcz.Przez cale 15-cie lat jego pracy duszpasterskiej mogliśmy być uczestnikami bogatego życiaDuchowego,a także kulturalnego. Nasza Misja gromadziła nas na Mszach św. nabożeństwach, jak również na koncertach muzycznych, na spotkaniach z pisarzami, aktorami, malarzami, na koncertach młodych talentów - pieczołowicie przygotowanymi przez P.Elzbiete Kolakow.Organizowane były zabawy taneczne, spotkania klubowe, imprezy prywatne. Parafia tętniła życiem.Częstym gościem w naszej świątyni był duszpasterz polskiej emigracji arcybiskup SzczepanWesoły z Rzymu, któremu sprawy Polonii były bardzo bliskie.Niezapomniane dla mnie będą, liczne pielgrzymki organizowane przez Ks. Nowaka. Z każdej pielgrzymki wracaliśmy bogaci duchem, poznając także piękno, kulturę, zabytki zwiedzanego kraju. Przyjaźnie zawarte w trakcie pielgrzymek owocują do dziś.Z łezką w oku wspominamy tańce na plaży w Hiszpanii, czy nie planowana kąpiel w ogromnych falach Atlantyku.Miałam także szczęście być uczestnikiem trzech Światowych Polonijnych Spotkań Intelektualistów Ludzi Kultury i Sztuki. Cannes, Barcelona, Monachium - zjazd Polakow prawie z całego świata, gdzie było dane nam poznać osiągnięcia naszych rodaków.Kolejne spotkanie we Wilnie. Mimo wyjazdu Ks.Nowaka do Polski mam nadzieje, ze uda mi się tez poznać miasto opiewane przez naszego wieszcza A.Mickiewicza, oraz spotkać znowu przyjaciół - serdecznych i życzliwych, zebranych z całego świata, w tej naszej polskiej rodzinie, której ojcem jest Ks. Czeslaw Nowak Za 15-cie lat pracy duszpasterskiej,,za wielkie serce, za czas nam poświecony, za to ze czuliśmy się bezpiecznie w tym naszym" drugim domu" - dziękujemy Ci Księże Czeslawie.W codziennych modlitwach polecamy Bogu Twoja osobę.Marta Czempik
* * *
“Nasz drogi ksiadz Nowak” Czy to jesien, czy to lato Wszystkich kocha niczymTato! Kazde problemy czy obawy Rozwiaze podczas parafialnej zabawy. Ze pomyslow ma nie miara O tym wie nawet parafialna rada. Przedstawienia, koncerty i wystawy Wszystko dla ludzi a nie dla slawy. Najchetniej gotuje dla swojej mamy Bo reszta to tylko glupie baby. A jesli dostales juz cos przesolonego Wiedz, ze i Ciebie kocha moj kolego. Najlepiej czujesz sie z nim w rozmowie Bo On zawsze prawde Ci powie. Zna i kocha Go naprawde wielu A tesknia nawet osadzeni w wiezieniu. W naszym kochanym Dyrektorze Instytutu Nie jednego dopatrzysz sie atutu!Karol K Polonia Polacy w Niemczech. |
|