Mim1
Psycho-nowe

Kliknij - tutaj

Słuchaj radia

po polsku

Darmstadt

kliknij - tutaj

 

REKLAMA

Zamów

Magazyn Polonii

PO-PROSTU

www.po-prostu.eu/

Taniej jak z nami

do Polski nie polecisz!

kliknij - Wiecej info

Natychmiastowa

rezerwacja lotów

Zdrowie
w rodzinie!
 
zdrowie
 
kliknij
Wiecej info

Pomoc psychologa!

 
 
kliknij
Wiecej info.
Medycyna naturalna!
 
 
 
Kliknij - Wiecej info.

niezależne i neutralne doradztwo finansowe

janusz-nowy

Janusz Czekala

kliknij - Wiecej info.

Naprawa samochodow w Polsce

kliknij

Wiecej info.

Tłumaczenia i

Informacje

kliknij - Wiecej info.

Izabela S. Demacker

Rechtsanwältin

Gabelsbergerstrasse 9

80333 München

Fon.: 089/85 63 63 55

Fax: 089/85 63 63 56

www.kanzlei-demacker.de

info@kanzlei-demacker.de

kliknij - Wiecej info.

banerglowny

Dr Marcin Idziński - P-NTKK Monachium

Kilka myśli na temat sytuacji Polaków w Niemczech.

(fragmrnt opracowania – Monachium 2001)

Wstęp.

Podziały, konflikty, dezintegracja, nierozsądne roszczenia... W tych kategoriach jawiła się postronnemu obserwatorowi Polonia w Niemczech. Obraz ten zniechęca. A przecież u podstaw każdego stanu środowiska leżą racjonalne, dające się wskazać przyczyny! Czasem trudno do nich dotrzeć. Jednak bez ich poznania lepiej wstrzymać się z ocenami.

Co gorsza, szereg mało kompetentnych ocen i poglądów, które ukształtowały (głównie w latach 1990-95) obiegowe pojęcia na temat niemieckiej Polonii (również w środowiskach profesjonalnych naukowych i politycznych), obowiązuje w wielu znaczących środowiskach do dziś.

Polacy poza Polską to rzecz złożona. Inny etos mają ci w USA czy Kanadzie, inny ci, którzy dzielą los mieszkańców Kazachstanu. Czym innym jest Polonia brytyjska, czym innym szwedzka czy brazylijska. To banały! - ale solidna wiedza o tych różnicach, o tych ludziach - jest dopiero podstawą możliwości rozumienia tej złożoności. Niestety rzadko trafiam na ludzi, którzy rzeczywiście coś na ten temat wiedzą solidnie.

W całym tym konglomeracie problemów Polonia niemiecka jest zjawiskiem istotnym i oryginalnym. Bliska krajowi, żyje w państwie dla Polski ogromnie ważnym, trwa w otoczeniu narodu, z którym kontakty są może jeszcze ważniejsze. Temat stosunków bilateralnych zaczyna być w Polsce coraz lepiej rozumiany (po 1990r.), natomiast rzeczywiste problemy tej Polonii, jej charakter i rzeczywista wartość dla kraju pochodzenia - są sprawą, która nie wyszła jeszcze poza pojęciowe stereotypy.

Opracowanie niniejsze ma przyczynić się do zmiany tego stanu.

*  *  *

Czy Polak żyjący poza Polską wie czemu poza nią żyje dziś? Czy i jaka świadomość na ten temat istnieje w tak zwanej „grupie polskiej” rozsianej po świecie?

Pewnie wielu z nas, niegdyś emigrantów, dziś Polaków mieszkających poza Polską, odpowiedziałoby zdziwieniem na tak postawione pytanie.

Czy jednostkowe odpowiedzi są w stanie wyczerpać zagadnienie? Czy jednostkowa interpretacja zagadnienia tak wielopłaszczyznowego ma jakiekolwiek znaczenie informacyjne, jeśli nie stanowi tylko przyczynku do poważniejszych badań? Badań! Bo pytanie to nie jest błahe! Odpowiedź na nie stanowi zasadniczy element wiedzy na temat – Co to w ogóle jest Polonia, jakie są jej konstytutywne cechy, a więc z jakim tworem społecznym właściwie mamy do czynienia i czego możemy się po nim spodziewać? Czy ktokolwiek w Polsce mógłby sformułować w jakimkolwiek stopniu sensowną odpowiedź na takie pytanie? Ośmielam się wątpić!

Nie znam niestety poważnych badań, przeprowadzonych na ten właśnie temat. Toteż ośmielam się również posiadać pogląd, że wszelka szczegółowa wiedza na temat Polonii, niekiedy solidna i dobrze udokumentowana, wisi niejako „w próżni możliwości interpretacyjnych”. To tak, jakby wiedzieć dokładnie, z czego składa się jajko, nie wiedząc czym ono jest i skąd i po co jest.

Emigracja polska - po żydowskiej ciągle jeszcze najliczniejsza diaspora świata - chociażby z tego powodu jest zjawiskiem społecznym, a więc powodów jej istnienia szukać należy w kategoriach szerszych. Jest problemem kulturowym, gospodarczym, politycznym - bo grupa wielu milionów ludzi stanowi każdy z tych problemów. W samych Niemczech żyje blisko dwa miliony ludzi bardziej lub mniej silnymi więzami związanych z Polską. Więzami różnorakiej natury, jednak często bardzo głębokimi.

*  *  *

Łatwo powiedzieć - Polak zagranicą! Ale cóż to znaczy?

Odpowiedzi nie wolno upraszczać. Musi być równie poważna jak samo pytanie, bowiem zbitka pojęciowa „Polak zagranicą” jest zestawieniem dramatycznym. Dramat zawiera i ujawnia - sygnalizuje potrzebę delikatności w rozpatrywaniu wszystkiego, co się z tymi pojęciami łączy. Mówimy przecież nie o turyście, który do swej Ojczyzny szybko powróci. Mówimy o ludziach, którzy z wielu ważnych powodów do kraju swego nie wracają, pomimo iż czują się z tym krajem silnie i serdecznie związani. Są związani bez względu na posiadane dziś obywatelstwo, które jest zwykle wynikiem historycznych torsji kontynentu europejskiego, a rzadko tylko osobistej i suwerennej decyzji.

*  *  *

Zapytano mnie kiedyś - czym jest emigracja polska wobec Polski? Powiedziałem - jest jej kolejnym regionem! Do określenia tego przywiązuję duże znaczenie, bo uważam, że rzeczywiście jesteśmy tej Polski częścią - może tak różną jak Kaszuby wobec Podhala, ale jednak tak samo rdzenną jak Kaszuby czy Podhale. Określenie to nie jest łatwo zrozumiałe w kraju. Rozumiem tę trudność, ale nie powiem by nie sprawiała mi przykrości. Poznawszy dobrze Polaków poza Polską i związawszy się z nimi serdeczne, wychowawszy tu dzieci, które przecież są Polakami, - odczuwam złość zawsze wtedy, gdy widzę zbanalizowane i uproszczone pojęcie o nas. To tak, jakby Kaszub naprawdę nie rozumiał, po co Polsce Górale! Nie o sentymenty jednak chodzi.

*  *  *

Rzecz jest z pozoru bez szans!

Pisanie książki o Polonii niemieckiej dziś, jest próbą uchwycenia przeciekającej przez palce meduzy. Wobec szybkiego integrowania się Europy studium grupy polskiej w Niemczech, grupy, w której zachodzą gwałtowne zmiany, jest próbą pokazania czegoś, co zdyscyplinowanemu opisowi nie poddaje się łatwo. Nie wiadomo nawet ilu nas będzie za rok, ilu powróci, ilu na innych już zasadach przybędzie. Takich i innych pytań jest wiele. Ale brak sensu w dokonywaniu takiej analizy dziś jest, moim zdaniem, pozorny.

Integracja Europejska likwiduje pojęcie „emigracji” i tworzy sytuację, w której wybór miejsca zamieszkania i zawodowej aktywności nie pozostaje już w konflikcie z poczuciem narodowym i osobistymi więzami z którymkolwiek z krajów. Pozostanie jednak w Niemczech wielka grupa ludzi, którzy przeżyli w tym kraju znaczną część swego życia, którzy go dobrze poznali, często dość głęboko zrozumieli, związali się z nim w ten czy inny sposób. Zachowają oni jednak swój charakter, przyzwyczajenia, metody działania, mentalność, formy zachowań zbiorowych. Ci, którzy przybędą na czas dłuższy, niekiedy również na całe pozostałe im życie, podobnych cech często nabędą. To oczywiste! Ale tak jak jedni, tak i drudzy są i będą dla Polski elementem znaczącym, oczywiście, jeśli wiedza o nich i ich zrozumienie przekroczą nieznośnie banalne stereotypy!

Elementem znaczącym - pod tym wszakże warunkiem - że będą rozumiani w kraju! W przeciwnym wypadku odnalazłszy sens swej działalności poza Ojczyzną, zaczną od niej (jej spraw, więzów z nią) odchodzić, a na pewno uczynią to ich następne pokolenia. Widać to też na przykładach innych grup narodowościowych, „opuszczonych” niejako przez swe własne ojczyste społeczeństwa, jak np. Koreańczycy, Afrykanie czy dziś już w pełni „Europejczycy” pochodzący z Kanady czy Australii, czyli krajów, które swej diaspory w ogóle nie brały nigdy pod uwagę uważając, że Kanadyjczyk czy Australijczyk to ten, który żyje w Australii czy Kanadzie. W dużym stopniu dotyczy to też Włochów, dla których Włochem poza Italią można być tylko jeszcze w Ameryce.

Polacy żyjący poza Polską nie mogą pozostać dla rodaków w kraju pojęciem z czasów komunistycznej propagandy i powierzchownych opisów - ludźmi, którzy po prostu „wybrali na życie inny kraj”! Tego typu prymitywizacja zagadnienia wyjazdu na stałe z Polski likwiduje natychmiast możliwość jakiegokolwiek zrozumienia czegokolwiek z tematów, którym poświęcone jest to opracowanie. Z wielu powodów, zwykle bardzo poważnych, jesteśmy regionem Ojczyźnie mało znanym. Szkoda! Nie o sentymenty jednak chodzi.

*  *  *

Z powodów zasygnalizowanych wyżej praca moja będzie częściowo wspomnieniem historycznym, częściowo próbą portretu środowiska polskiego w Niemczech, częściowo prognozą przyszłego stanu tej grupy i jej zorganizowania, a przede wszystkim ma być opisem warunków, w których ta Polonia się kształtowała i kształtuje, wyjaśnieniem jej cech szczególnych i powodów specyficznych zachowań zbiorowych.

Opracowanie to nie może jednak spełnić warunków pracy ściśle naukowej. Jej autor nie dysponuje dziś wystarczającym aparatem badawczym, koniecznym do spełnienia takich kryteriów. Uważam ponadto, że całościowo problem Polonii niemieckiej nie jest jeszcze gotów do naukowego oglądu! Brak bowiem elementarnego katalogu pytań mogących stanowić podstawę penetracji naukowej. Jeśli praca niniejsza może przyczynić się do naukowego opisu problematyki omawianej w niej grupy, to właśnie jako próba skatalogowania istotnych pytań i sytuacji kryjących w sobie zasadnicze elementy grupę tę konstytuujące.

Materiał, który proponuję czytelnikowi, opiera się jednak na wynikach badań dosyć istotnych, choć jak już powiedziałem wyżej – nieskoordynowanych, będących wynikiem bardzo różnych, przyjętych założeń metodologicznych i technik badawczych – to jego wady! Jednak opracowywany był (patrz bibliografia) przez badaczy lub tylko obserwatorów w długim okresie czasu, a więc w ciągu ponad 50 lat – to jest jego niewątpliwą zaletą. Kolejnym plusem tego dziwnego konglomeratu spojrzeń na problem jest to, że poszczególnym autorom przyświecały często zgoła odmienne cele. Jedni gromadzili fakty, by za ich pomocą po prostu zachować cząstkę konkretnej rzeczywistości (to głównie pamiętniki, wspomnienia, roczniki polskojęzycznej prasy i wydawnictw), inni próbowali syntez, ale tym zwykle chodziło o podbudowanie potrzebnych do technicznego działania tez politycznych, socjologicznych, kulturoznawczych (to głównie autorzy niemieccy i angielskojęzyczni, nieliczni polscy). W tej grupie źródeł trafiamy na zasadnicze niekiedy przeciwstawienia i sprzeczne interpretacje. Uznaję to jednak za zaletę posiadanego materiału, gdyż dostrzeżenie w nim cech wspólnych i obserwacji wzajemnie się uzupełniających pozwala jednak dostrzec jakiś obraz poszukiwany.

Kolejnym materiałem (nie ujętym w bibliografii, gdyż nie doczekał się publikacji), są własne badania autora i zespołu współpracującego pod jego kierownictwem. Prowadzone były one w czasie, gdy możliwość docierania do faktów i danych była znaczna, a determinacja w pracy duża. Prace te prowadzono w latach 1984-98 najpierw pod auspicjami Rządu Polskiego na Uchodźstwie, Radia Wolna Europa, Kongresu Polonii Niemieckiej i innych mniejszych organizacji polonijnych, w końcu prowadzonej przeze mnie Gazety Emigracyjnej. Niestety nie dokończono ich! Z braku funduszy, po załamaniu się Gazety, badania przerwano, toteż zaprzepaszczona została szansa, która pewnie się już nie powtórzy, a więc ogromny polski potencjał fachowy ludzi przybyłych do Niemiec w latach tak zwanej „emigracji solidarnościowej”, którzy będąc z wykształcenia socjologami, psychologami, politologami, czy historykami – pracowali na budowach, w knajpach czy piekarniach, zamiast zbierać i opracowywać znikający z wielu względów bezcenny materiał. Trudno! Nie po raz pierwszy możliwości Polonii niemieckiej zostały zlekceważone i zmarnowane.

Na uwagę zasługują syntetyczne badania prowadzone jednak krótko, bo zaledwie przez 2 lata (nie wyszły nigdy poza fazę przygotowawczą) pod auspicjami i za pieniądze Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w Monachium. Niestety wyniki tych działań przetrwały jedynie w mych notatkach i w nielicznych zgromadzonych przeze mnie kopiach. Całość została zniszczona wraz z częścią obszernych archiwów tej rozgłośni. Stało się tak między innymi dlatego, że badania te prowadzono w Niemczech często w sprzeczności z ustawodawstwem dotyczącym „Datenschutz” (ustawy obowiązujące w RFN o ochronie danych) i bez koniecznych zezwoleń odnośnych władz RFN. Miały tym samym szczególną informacyjną wartość, jednak amerykański właściciel archiwów nie zezwolił na ich całościowe przechowanie poza likwidowaną strukturą radia. Pozwolił jednak (na szczęście) na dokonanie istotnych wypisów. Więcej na ten temat w tekście i przypisach.

Emigracja - stan szczególny.

Wychowałem się w Sopocie, w domu o tradycjach poznańskich i kaszubskich. Poznałem dobrze Kaszuby, rodzinny kraj mojej matki. Studiowałem w Krakowie, potem w Warszawie. Pracowałem wiele lat w Bydgoszczy, Koszalinie, Łodzi i innych regionach kraju, potem przez dwadzieścia lat zagranicą. Może dlatego właśnie, uzyskałem łatwość adaptacji w różnych, często bardzo odmiennych, środowiskach i może dlatego odmienności regionalne uważałem za rzecz oczywistą?

W koszalińskim poznałem ponadto obyczaj i typ osobowości ukraińskiej - w owych latach Ukraińcy i inni przesiedleńcy z wschodnich rubieży II Rzeczpospolitej stanowili wielką część zamieszkałej tam ludności. W Trójmieście, obok tak zwanych autochtonów, czyli pozostałej po wojnie ludności gdańskiej, niekiedy bardzo zniemczonej czy spolonizowanej, jak kto woli, byli niedawni Wilnianie, Lwowiacy, z których dziećmi chodziłem do szkoły i przyjaźniłem się na co dzień, oczywiście poza przybyszami z wszystkich innych możliwych stron Polski przedwrześniowej.

Odmienność ludzka nigdy nie stanowiła dla mnie problemu, a różnice w charakterach, mentalności, swoistym rytmie i sposobie reagowania na świat, były dla mnie oczywiste. Nie miałem nigdy wątpliwości, że stanowimy wszyscy „jedno społeczeństwo”, którego jestem członkiem.

Gdy wraz z zacieraniem się różnic wynikających z regionalnego pochodzenia kształtowały się inne podziały - a było ich przecież w PRL wiele i w pewnych okresach istnienia tego politycznego tworu były głębokie - poczucie owej wspólnoty też mnie nie opuszczało.

Osobiste doświadczenia wyczuliły też mnie na znaczenie wielorakich (czasem nad wyraz oryginalnych) więzi międzyludzkich, na ich charakter, sens, a także na ich wpływ na zachowania zbiorowe! Po prostu człowiek jako „istota społeczna” wydawał mi się oczywistością i nie przychodziło mi do głowy, że może nią nie być. Chodzi oczywiście o więzi społeczne pojmowane personalistycznie - więzi wynikające z osobistej potrzeby człowieka bycia „wobec” i „z” , „dla” i „dzięki” innym ludziom. Nawet w tak nienaturalnym tworze socjologicznym, jakim była niewątpliwie PRL, stosunki te były dość łatwo odnajdywalne.

Zachwianie, a niekiedy wręcz unicestwienie tych właśnie elementarnych więzi wspólnotowych odnalazłem dopiero w kontakcie ze środowiskiem emigracji polskiej w Niemczech.

Poznałem tu ludzi niemal doskonale samotnych z własnych wyborów, na skutek osobistych, suwerennych (wydawałoby się) decyzji. Ludzi wyzbytych (a może pozbawionych) poczucia więzi nawet z własną rodziną, utrzymywaną na co dzień raczej rutynowym przyzwyczajeniem niż potrzebą. Ludzi własnowolnie i regularnie uczestniczących w spotkaniach polonijnych - atoli wcale nie w celu odnalezienia wspólnoty - raczej po to, by tym skuteczniej chronić własną samotność, a może nieświadomie pogrążać się w jej skutkach. Ludzi, którym utrata więzi tu omawianych, nie była rekompensowana przez odnalezienie w nowym otoczeniu więzi alternatywnych. To byłoby zrozumiałe! Co więcej - zdawało się, że owej alternatywy nie poszukują oni również. A jeśli tak, to z do tego stopnia wyostrzoną ostrożnością, że likwidowała ona możliwość nawiązywania kontaktów pozaformalnych.

Co gorsza - ten właśnie typ osobowościowy był w grupie polskiej w Niemczech przeważający ilościowo i w wielu istotnych sprawach nadawał jej ton.

Doświadczenie to stanowiło dla mnie tak poważny szok, że zrazu mu nie wierząc, postanowiłem poznać mechanizm prowadzący do takiego stanu - powiedzmy wprost - co najmniej szczególnego, jeśli nie wręcz patologicznego.

Analiza więzi wspólnotowych czy ich braku stanowi przedmiot socjologii. Koniecznym wydało się poznać przede wszystkim mechanizm zanikania, likwidacji takich więzi u licznych jednostek, które jakieś społeczeństwo opuszczają, odrzucają, starają się w sobie tożsamość z nim unieważnić. Bo taki właśnie akt, co może na pierwszy rzut oka budzić zdziwienie, leży zazwyczaj u podstaw decyzji emigracyjnej!

W tej sprawie socjologia miała niewiele do powiedzenia, bo badania środowisk emigracyjnych prowadzone są zwykle w krajach ich nowego osiedlenia, pod kątem ich stosunku do nowego otoczenia, czyli bada się procesy integracyjne, asymilacyjne itd. - a to niestety zupełnie inny przedmiot. Socjologia imigracji to jednak nie to samo, co socjologia emigracji! Nie prowadzi się badań powodów zanikania aktywnego stosunku do otoczenia opuszczanego. A przecież bez wiedzy - dlaczego ktoś ojczyznę swą opuszcza - nie można zrozumieć lwiej części jego zachowań w nowym otoczeniu.

Tymczasem nawet próba przedstawienia „klasycznej” motywacji - „za chlebem” - jest zwykle prymitywnie upraszczana, bo nie jest tak, że - „głodny jedzie tam, gdzie będzie miał co jeść”! Doświadczenie uczy, że nie każdy głodny emigruje, nawet gdy może. Są więc i w tym przypadku inne powody, pewnie ważniejsze od samego głodu i wiary w jego zaspokojenie gdzie indziej.

Skromne i powierzchowne wyniki socjologów w sprawie „emigrowania” udzielają jednak kilku odpowiedzi na pytanie - jakie są (czy były) typy przyczyn emigracji z Polski ? I chociaż są one nie wiele bardziej informatywne od literatury beletrystycznej czy publicystyki, to jednak przypomnijmy je, zwracając przy tym uwagę na ich narzucające się przeoczenia.

  • Emigracja z pobudek politycznych. Najstarszy etos emigracji polskiej i motywacji tej nie ma powodu przeczyć. W zasadzie nie wymaga ona szerszego omówienia, gdyż jest to powód niemal atawistyczny, czyli uzyskanie własnego bezpieczeństwa poza Ojczyzną, wobec stosunkowo łatwo dającego się zaobserwować zagrożenia w niej z powodów określonych przekonań czy zachowań politycznych.
  • Szkoda tylko, że niewiele jest analiz tej motywacji, gdy zagrożenie przyszłego emigranta jest mniejsze i ogranicza się jedynie do ewentualnej utraty wolności, lub wręcz prześladowań jeszcze mniej dotkliwych. W znanych mi pracach nie próbuje się nawet ustalać funkcji pomiędzy poziomem zagrożenia, a związanymi z nim decyzjami emigracyjnymi. Tak, jakby dla przyszłych sytuacji psychicznych i socjologicznych w nowym miejscu osiedlenia ucieczka przed przewidywaną śmiercią była tym samym co ucieczka przed złośliwym szefem.
  • Szkoda też, że nie podjęto dotąd próby określenia co to znaczy „powody polityczne” i w uproszczeniu rozumie się tu jedynie konflikt pomiędzy jednostkami i grupami a władzami politycznymi opuszczanego państwa i ich „aparatem”. Spróbujemy nieco uzupełnić te braki zajmując się dokładniej tą grupą emigrantów.

  • Emigracja z powodów ekonomicznych. Druga z klasycznych form historycznych! I jeśli mniejszy błąd popełnia się tu przy opisie emigracji polskiej z czasów rozbiorowych i II Rzeczpospolitej, to przeniesienie tego schematu na motywacje zaistniałe po II Wojnie Światowej jest już po prostu zaniedbaniem.
  • Rzecz omówimy osobno. Teraz poprzestaniemy jedynie na zwróceniu uwagi na fakt, że przyczyną biedy jednostek i grup społecznych w PRL, były często decyzje polityczne, a to zasadniczo zmienia samą istotę rzeczy i nie można już mówić o tak zwanej emigracji zarobkowej.
  • Emigracja z powodów narodowościowych. Tu przywołuje się zwykle przykłady Żydów i tak zwanych „etnicznych Niemców”.
  • Znów, gdyby poprzestać na statystyce, rzecz wygląda w miarę przekonywająco, atoli trudno o większe uproszczenie - zwłaszcza w stosunku do emigracji do Niemiec.
  • Emigracja z pobudek intelektualnych. Tu zwykle jest mowa o stosunkowo nielicznej grupie artystów, pisarzy i naukowców różnych dziedzin. Wskazując często na stosunkowo dużą w tej grupie ilość Polaków żydowskiego pochodzenia, niemal całkowicie pomija się elementy polityczne, czy ekonomiczne w podejrzewanych motywacjach wyjazdu. Solidna wiedza na temat tego typu emigracji niemal wcale nie istnieje.
  • Ten skromny stan refleksji socjologicznej wzbogaca kilka odważniejszych koncepcji bardziej szczegółowych, jednak poza opisany schemat i one nie wychodzą i dają się do niego sprowadzić.

    Gdy w roku 1983 rozpocząłem zawodowo zajmować się problematyką emigracji polskiej (szczególnie w Niemczech), zdałem sobie natychmiast sprawę z niedostatków spisanej wiedzy na ten temat. Natrafiałem na niesłychane trudności chcąc dowiedzieć się czegoś, poza obiegowymi stereotypami. Publikacji było zaledwie kilka. Poza tym znalazłem kilka zbiorów wspomnieniowych, niekiedy prawie dokumentalnych i dwie publikacje o ambicjach historycznych, dotyczące środowiska polskiego w brytyjskiej Armi Renu i historii Związku Polaków w Niemczech spod znaku Rodła. Kilka prac socjologów amerykańskich, które były dostępne miały tę zasadniczą wadę, że pisane były w okresie tuż po II Wojnie Światowej, gdy kształt grupy polskiej w Niemczech był zupełnie płynny i nierozpoznawalny, a poza tym badacze ci docierali niemal wyłącznie do byłych żołnierzy (patrz Bibliografia). Prace ośrodka lubelskiego, głównie pod kierunkiem prof. L.Dyczewskiego dopiero się rozpoczynały, podobnie działania środowisk poznańskiego i opolskiego.

    Stosunkowo najciekawszy, aczkolwiek ograniczony do suchej informacji, był trudno dostępny materiał zgromadzony przez Polskie Misje Katolickie w Niemczech. Był pozbawiony głębszej refleksji, ale konkretny i solidnie oparty o rzeczywistość.

    W tej sytuacji konieczne było zainicjowanie jeśli nie badań, na co oczywiście pieniędzy nie było, to przynajmniej zbierania materiału, na co pieniędzy starczyło, tym bardziej, że wielu członków Polonii posiadało sporo dokumentów i na apel ogłoszony przeze mnie w Radio Wolna Europa zareagowało nadzwyczaj żywo. Znalazłem też entuzjastów analizy nadesłanego materiału, często solidnie do niej przygotowanych. W roku 1987 udało się nawet rozpisać stosunkowo obszerną ankietę (100 pytań) i rozesłać ją na ponad 6000 adresów z czego otrzymaliśmy 4782 odpowiedzi stanowiące materiał badawczy. Podobne testy (z bardziej szczegółowym zakresem obserwacji) przeprowadzono w latach 1992 i 94.

    Poważną trudność stanowiło dokonanie sensownego podziału populacji polskiej w Niemczech na jakieś grupy socjologicznie rozpoznawalne, co byłoby dużym ułatwieniem. Zdaliśmy sobie natychmiast sprawę z tego, że narzucająca się klasyfikacja według stopnia i sposobu zorganizowania jest absolutnie zwodnicza, gdyż klucz organizacyjny był zupełnie przypadkowy. Każda z istniejących struktur mieści w sobie zawsze kilka grup (skrzyżowanych z członkami innej struktury) i stanowi właściwie równie przypadkową zbieraninę jednostek jak całość środowiska.

    Postanowiliśmy więc na początku poznać przede wszystkim podstawowe cechy środowiska (wysuwające się na plan pierwszy), by potem dopiero, na ich podstawie, móc dokonywać roboczych podziałów. Zaczęliśmy od ustalenia powodów leżących u podstaw samego aktu emigracji z Polski.

    Przeważająca część respondentów (a także osób z którymi przeprowadzono rozmowy później zanotowane według schematu ankietowego) zwracała w swych wspomnieniach uwagę na to, że moment decyzji na wyjazd z kraju łączył się z trzema zasadniczymi uczuciami:

 poczuciem, że rzeczywistość otaczająca jest opresją, 

 utratą poczucia osobistej więzi z otoczeniem,

 narastającym poczuciem niezrozumiałości świata otaczającego.

W rozszerzeniu, uzyskane informacje można by opisać następująco:

Opresyjność otoczenia nie była zwykle odczuwana jako opresja typu politycznego czy terrorystycznego (lęk przed terrorem ze strony „aparatu ucisku”). Opresyjny charakter miały dla naszych respondentów stosunki w miejscu pracy, w środkach lokomocji, w sklepach, w ogóle w większości miejsc publicznych. Wielu wskazywało na to, że owo poczucie obcości było przez nich odczuwane w sposób narastający od momentu, którego zazwyczaj nie byli w stanie określić i stanowiło powód coraz większego poczucia niepokoju - budziło niekiedy pytania o własną poczytalność. Po stwierdzeniu, że stanów tych nie da się uzasadnić przemęczeniem czy trudnościami materialnymi, nieporozumieniami rodzinnymi, czy innymi dolegliwościami dnia codziennego, pojawiało się poczucie obcości w stosunku do otoczenia, które często określano w odpowiedziach jako poczucie; „ja jestem wariat czy to co mnie otacza jest nienormalne”.

Jarosław C. Inżynier po AGH w Krakowie przybył do RFN wraz z falą emigrantów „solidarnościowych” w roku 1982. Był w Polsce opozycjonistą od mniej więcej 1970 roku, odsiedział razem dwa i pół roku, był ponad dziesięć razy aresztowany. Znaliśmy się z Warszawy, toteż gdy tylko byłem we Frankfurcie odwiedzałem go i często długo rozmawialiśmy. Kiedyś powiedział mi:

- Wiesz! Gdy tak sobie to wszystko teraz przypominam, to te całe represje wydają mi się śmieszne. Całe to internowanie też. - i po chwili dodał - Może przywykłem do tych aresztów i cel?

A chwilę później powiedział zamyślony:

- Te represje, to były dla mnie mało dokuczliwe. Mnie stamtąd wygnało to co się stało za Solidarności z naszymi kolegami. Patrzyłem na to z przerażeniem i doszedłem do wniosku, że oni mnie bardziej męczą niż ten cały komunizm.

 

Zaledwie około 16% określało odczuwaną w Polsce opresję w kategoriach politycznych!

Większość unikała takiego przyporządkowania, twierdząc, że charakter opresyjny posiadała w zasadzie całość otaczającej rzeczywistości. Nieskuteczne były prowokacyjne sugestie, że za całość sytuacji odpowiedzialny był system polityczny. Sprowadzenie zagadnienia do tego poziomu refleksji zwykle budziło niechęć lub podejrzenie politykierstwa ze strony ankietera lub rozmówcy. Łatwiej było nawet nawiązać rozmowę na temat „szczególnych predyspozycji respondenta do emigracji”. Ta prowokacja budziła mniejsze podejrzenia, choć przecież sugerowała niemal bezmyślność przy podjęciu decyzji, a chociażby cechy malkontenckie czy chęć poszukiwania przygód, co budzi zwykle u emigrantów gwałtowny sprzeciw. Pobudki takie są bowiem uważane za niskie i deprecjonują decyzję wyjazdu z kraju.

Oczywiście w przypadku osób o większym rozbudzeniu politycznym odbiór był inny.

Zainteresowanie nasze wzbudziły często powtarzające się określenia „nienormalny, nienormalne, nienormalni” itp. Znajdowały się w wypowiedziach 57% badanych! Postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się funkcjonowaniu tych określeń, sprawdzić na ile opisują one istotny element motywacji emigracyjnej.

Stan poczucia uciążliwej i drastycznie męczącej nienormalności świata otaczającego jako podstawowy powód wyjazdu nie był odrzucany nawet przez tych respondentów, którzy wskazywali w swych odpowiedziach na powody bardziej konkretne, jak np. lęk przed chorobą w otoczeniu nieskutecznej służby zdrowia, lęk przed trudnościami technicznymi w wychowaniu dzieci (zwłaszcza niemowląt), lęk przed represjami, więzieniem, utratą pracy, brakiem mieszkania, odpowiednich dochodów itd. W trakcie konferencji poświęconych przebiegowi testu ankieterzy zwracali często uwagę na to, że w czasie takiej próby konkretyzacji przyczyn, ich rozmówcy tracą zwykle pewność siebie i zdolność spójnego formułowania. Po prostu w miarę postępującej konkretyzacji rozmówca traci jakoby przekonanie do tego o czym informuje! Nasunęło nam to podejrzenie, że mamy do czynienia nie tyle z próbą chłodnego i konkretnego opisu rzeczywistości, ile z próbą konstruowania swoistej „ideologii” własnej decyzji emigracyjnej. Okazało się potem, że w wielu przypadkach tak było. Ponieważ odrzuciliśmy chęć oszukiwania nas, czy lekceważenie przeprowadzanego testu, założyliśmy że nasi rozmówcy mają rzeczywistą trudność w sformułowaniu precyzyjnej odpowiedzi. Czyżby nie zadawali sobie takich pytań przedtem? W przypadku większości badanych osób było to niemal niemożliwe. Założyliśmy więc, że samodzielne poszukiwania odpowiedzi odbywały się na terenie stosunkowo obojętnym, a przynajmniej pobocznym.

 

Paweł Ł. Urodził się w roku 1938 w Warszawie. Ojca stracił w Powstaniu, przeżył z matką i starszym o dwa lata bratem, gdyż ojciec (oficer AK) kazał im wyjechać na podlubelską wieś jesienią 1943. Matka z dziećmi nie miała po co i do kogo wracać na gruzy stolicy. Osiedli w Lublinie, gdzie jako farmaceutka pracowała w aptece. Żyli skromnie, ale nie biednie.

Po maturze Paweł wyjechał na studia do Krakowa, gdzie w 1966 roku ukończył politechnikę. Pracę inżyniera rozpoczął w Gliwicach, szybko awansował na kierownicze stanowisko w produkcji, do dyrekcji się nie pchał, a po roku ożenił się z koleżanką z fabryki. Dwójka dzieci przyszła szybko na świat.

Pierwsze kłopoty „z władzą” przeżył niezbyt boleśnie w roku 68, gdy po jakimś nierozważnym komentarzu na temat zajść na wyższych uczelniach podziękowano mu za pracę. Znalazł następną bez większych trudności, tyle że żona (również młody inżynier), która została w zakładzie, wypadła na zawsze z kolejki do awansów i podwyżek. Nie narzekali jednak, bo i tak zarabiali nieźle.

Niewyparzona gęba zaszkodziła mu bardziej w roku 1970, gdy to podpisał też jakiś „antypaństwowy” protest, posiedział przez święta, ale na Sylwestra był już w domu. W styczniu skorzystał z rady życzliwego mu szefa i na wiosnę całą rodziną wyemigrowali po raz pierwszy na zachód. Do Wrocławia. Wiele na tym nie stracili, tyle że żona tęskniła za rodzicami i rodzeństwem pozostawionym w Gliwicach. Ostatecznie to żabi skok, ale dopiero teraz okazało się jak wiele znaczyła bliskość dziadków, gdy chcieli pójść do kina czy na jakiś koncert, o ile łatwiej było o zaopatrzenie, gdy dokonywało się go dla kilku rodzin na raz i to na zmianę. Kryzys rozpoczął się, gdy Paweł postanowił zrobić doktorat. Po pół roku pozostał we Wrocławiu ze swymi książkami, badaniami i seminariami bez żony i dzieci, którzy wrócili do Gliwic. Młodsza córeczka potrzebowała stałej obecności kogoś dorosłego w pobliżu, chorowała na hemofilię, a ruchliwe dziecko wyrzucono z przedszkola jako pannę z za dobrze sytuowanej rodziny. Więc nawet zaakceptował rozłąkę. Dziadkowie to jednak coś!.

Jeździł do „domu” na każde „Wochenende” jak nazywała to teściowa. Zawoził pieniądze, bo żona pracy nie miała, przywoził wecki z wałówką, bo na gotowanie nie miał czasu. Właściwie utrzymywał teraz i teściów, bo „stary” był po wojnie „prywatna inicjatywa” i na pół ślepemu krawcowi nie przysługiwała żadna renta. Może to była bieda? Szwagrostwo nie poczuwali się za bardzo do świadczeń. Zresztą też żyli ostatnio bardzo skromnie.

Doktorat się ślimaczył, bo Paweł nie uważał za stosowne skorzystać z „zaproszenia” w szeregi PZPR. Dwukrotnie zmieniał promotora, stracił w miejscu pracy wolne dni na pracę naukową, próbował odwołać się do związków zawodowych, stracił parę miesięcy.

Była wiosna 1974 gdy w Lublinie umarła matka Pawła. Starszy brat od roku nie wracał z Ameryki, dolarów na razie nie słał, teść w Gliwicach umarł jesienią. W czasie Bożego Narodzenia teściowa zdecydowała, że wyjadą do Niemiec, bo przecież mogą powołać się na „pochodzenie”.

Pojechał jeszcze na jakiś czas do Lublina, by rozejrzeć się, czy na starych śmieciach nie dałoby się jakoś osiąść, ale mieszkanie po matce, w którym brat z Ameryki był przecież jeszcze stale zameldowany, było zajęte. W administracji domów mieszkalnych powiedziano mu, żeby po wyjaśnienia poszedł do KW PZPR. Nie widział powodu, ale z ciekawości poszedł do wskazanego towarzysza. Dowiedział się, że gdy brat wróci, to się sprawę załatwi. Wcześniej nie ma o czym rozmawiać. Sytuacja mieszkaniowa, rozumiecie towarzyszu.... Nie rozumiał, ale zrozumiał, że nie ma tu czego szukać.

Z wiosną zjechali do Friedlandu!

Kurs niemieckiego przerwał po trzech miesiącach i nie chce go wznowić. Zona po dwuletnim przeszkoleniu jest wychowawczynią w domu dziecka i chyba jej się to zaczyna podobać. Teściowa ma przyzwoitą rentę. Paweł wrócił do pasji z młodości. Gra w szachy i bridgea. Cenią go Niemcy, bo jest dobry. Gra w niemieckim klubie wyczynowym na 6 szachownicy. Tylko trochę za dużo pije pomiędzy zawodami.

Dzieci są w porządku. Już nie mówią po polsku. Babcia tłumaczy, gdy nerwy każą ojcu wyrzucać z siebie bardziej potoczyste przemówienia po polsku.

Zawsze w sierpniu jadą na Majorkę. Mają już swoje stałe miejsce.

W roku 1992 Paweł pojechał na dwa tygodnie do Polski. Nie planuje kolejnych wyjazdów do kraju. Może kiedyś? Brat z Ameryki odwiedził ich w Ludwigshafen. Ma przyjechać znowu za rok. Paweł czeka na tę wizytę. Może machnąć się jeszcze za ocean? Ostatnio postanowił powtórzyć sobie angielski, chodził przecież kiedyś na lektorat. Napisał do polskiej księgarni wysyłkowej w Kolonii po podręczniki z kasetami.

 

Niezmienne pozostawało wspomnienie owej „nienormalności otoczenia”. Ten wynik spowodował nasze dalsze pytania - tym razem o skutek zaistniałej emigracji w odniesieniu do tematu „normalność-nienormalność”.

Większość wyjeżdżając z Polski uważała, że udaje się do miejsca gdzie będzie nareszcie „normalnie”. Postanowiliśmy więc dowiedzieć się - czy nadzieje te zostały spełnione?

Odpowiedź na to pytanie wydała nam się sprawą zasadniczą! Podejrzewaliśmy, że ujawni ona szereg motywów leżących u podstaw obecnych zachowań jednostkowych i zbiorowych Polaków w Niemczech.

Oczywiście natrafiliśmy na ogromne trudności w pozyskaniu tego typu informacji. Starając się ograniczyć do minimum sugestywną zawartość stawianych pytań dochodziliśmy nieuchronnie do trudności w sformułowaniu ankiety łatwo zrozumiałej dla respondentów. Nie udało się to w pełni, więc w pierwszym rzucie musieliśmy zawęzić krąg pytanych do grupy lepiej przygotowanej pojęciowo. W grupie ludzi „prostych” badania były prowadzone później, już bez uciekania od sugestii, sprawdzające reakcję na zawartą propozycję. W obu wypadkach wyniki były interesujące i w zasadzie analogiczne.

Po niemal odruchowym pierwszym stwierdzeniu; - „Tak! Teraz żyję w świecie normalnym!” - następowała (rzadko tylko prowokowana przez nas) refleksja, zaskoczenie takim postawieniem problemu i niemal zawsze odejście od pewności zawartej w pierwszej odpowiedzi. Ta okazywała się odruchem bezrefleksyjnym, wynikłym z stałej (codziennej) potrzeby poczucia słuszności podjętej niegdyś decyzji. Ta potrzeba - trzeba o tym pamiętać (!) - jest jednym ze stałych elementów samooceny emigranta! Wątpliwości drążą ciągle.

Porefleksyjne informacje wskazywały na coś wręcz odwrotnego!

Nowe otoczenie okazywało się również otoczeniem opresyjnym - tyle tylko - że ta opresja była „normalna”, oczywista; język, obyczaj, mechanizm wchodzenia w otoczenie, środowisko, techniki realizacji codziennych potrzeb itd. Istota problemu polega jednak na tym, że większość rozmówców przyznawała w końcu, że przystosowanie do nowych warunków na tyle, by uzyskać poczucie pełnej „normalności” w stosunkach z nowym otoczeniem - jest właściwie dla nich nieosiągalne! Dla pytanych nie stanowiło to jednak problemu, gdyż z upływem czasu następowało coraz większe przyzwyczajenie do tego stanu.

„To nie jest mój świat więc nie jest możliwe, by stosunek z nim był w pełni normalny. Nienormalność jest więc normą!” Tak można by streścić podejmowane konkluzje.

Jest rzeczą nie wymagającą szerszych uzasadnień, że taki stan stosunków z otoczeniem jest dla człowieka poważną dolegliwością. Gdy zastanawialiśmy się nad powodami, że dolegliwość ta nie jest przez naszych rozmówców akcentowana, a wręcz przeciwnie, przyszły nam z pomocą opracowania socjologów niemieckich. Zwracają oni uwagę na silnie głuszący tę dolegliwość - element nowości przeżyć. Mówi się tu nie tylko o zaspokajaniu potrzeby przeżyć pozytywnych przez interesujący kontakt z odmiennością nowego otoczenia. Akcentuje się - moim zdaniem trafnie - że już w pierwszym okresie (nawet w trakcie pobytu w obozach przejściowych) imigrant z strefy komunistycznej miał możność korzystania z tak wielu „praw ludzkich” nie funkcjonujących w otoczeniu opuszczonym, że stanowiło to dla niego odczucie silnie głuszące świadomość nabytych trudności.

Oczywiście zasadnicze znaczenie ma tu ilość i poziom wrażeń wynikających z kontaktów z innym typem rzeczywistości codziennej, które tylko pośrednio związane są z tematem praw człowieka rozumianym w kategoriach jurystycznych. Przypomnijmy - jakże szybko się o tym zapomina - jak wielkie wrażenie musiało robić w pierwszym okresie pobytu „na zachodzie” skontaktowanie się z wielością i atrakcyjnością programów telewizyjnych, gwałtowną odmiennością ich treści w stosunku do znanej z Polski, niewspółmierną podażą rynkową i jej oprawą reklamową, czy możliwością nabycia sprawnego technicznie samochodu po miesiącu pracy na czarno itd. itp.

Ten „pozytywny szok” stosunkowo szybko mijał! Stawał się dniem powszednim - co jednak nadal budziło poczucie satysfakcji, gdyż nowe otoczenie z wszystkimi jego zaletami postrzegane było jako „nowe moje”.

Ta wszechstronna „podaż” dopiero po pewnym czasie przestawała dostarczać satysfakcji, a jednak poczucie dolegliwości odosobnienia nie pojawiało się! Dlaczego?

Socjologowie niemieccy znów trafnie zwracają tu uwagę na znaczenie metod technicznych (urzędniczych czy urzędowych), które stosowane są rutynowo w RFN przy wprowadzaniu imigrantów w normalny tryb pracy zarobkowej i budowania codziennej egzystencji. Polegają one na swoistym „premiowaniu” aktywności i przedsiębiorczości własnej, gwałtownej wręcz nauki języka i tym podobnych działań. Powoduje to pobudzenie wielorakiej akcji człowieka z niemal całkowitym skupieniem na pokonywaniu poszczególnych progów organizacji podstawowej egzystencji i podnoszenia jej poziomu, aż do osiągnięcia standardu majątkowego, porównywalnego z miejscowym otoczeniem. Okres potrzebny do osiągnięcia tego celu trwa od 4 do 6 lat od otrzymania uprawnień pobytowych, czyli początku rzeczywistej samodzielności. W przypadku osób, które w uzyskaniu tych uprawnień mają trudności przedłuża się on zwykle do 8 lat. Czas ten jest w zasadzie okresem o wysoce zmniejszonej refleksyjności, natomiast przepełniony jest szeregiem zjawisk sprzyjających powstawaniu nawyku akceptacji - seria drobnych, ale istotnych sukcesów w pokonywaniu stosunkowo niskich, ale koniecznych progów.

W tym okresie następują też zwykle dwa procesy;

 zdecydowanego osłabienia potrzeby refleksji wykraczającej poza problemy techniczno-egzystencyjne,

 przyzwyczajenia do mechanizmów właściwych nowemu otoczeniu i swego miejsca w nich, przy niewielkiej „wiedzy” o tych mechanizmach! Następuje więc dość gwałtowna i częściowo tylko kontrolowana - zmiana kryteriów oceny własnej wartości i miejsca w otoczeniu.

Nie jest jednak prawdą, co sugeruje niekiedy część socjologów niemieckich, że zdolność zdystansowania się, a więc i refleksji na temat własnych stosunków z otoczeniem, w trakcie tych procesów zanika! Przynajmniej w grupie polskiej nie jest to prawdą! To oznaczałoby bowiem rzeczywistą asymilację. Dystans ten i refleksja przybiera różne formy, ale pojawia się - chociaż rzeczywiście dopiero w momencie, w którym walka o bezpieczeństwo bytowe w nowym otoczeniu przestaje powodować permanentny stres.

Bez względu jednak na wzięte pod uwagę elementy - zwraca zawsze uwagę poczucie wyobcowania - zarówno jako przyczyna samego aktu emigracji jak i jednego z elementów konstytuujących kondycję emigranta w nowym otoczeniu.

Odmienność, obcość, której człowiek nie akceptował w swej ojczyźnie - w nowym otoczeniu akceptuje w wyniku wyżej wskazanych doświadczeń - niemniej jest to rzeczywista i niezaprzeczalna „nienormalność” stosunku jednostka-otoczenie!

Taka nienormalność nie może przecież - zwłaszcza że jest to stan permanentny - pozostawać bez wpływu na najistotniejsze elementy osobowości człowieka!! Na jego stosunek do innych, poczucie bezpieczeństwa itd, a co za tym idzie - musi mieć istotny wpływ na zachowania wobec całości otoczenia, tak najbliższego jak i dalszego! Tym bardziej, że akceptacja tego stanu jest w całym tego słowa znaczeniu wymuszona przez warunki, w których taki człowiek się znalazł.

Akceptacja tego nienormalnego stanu jest zasadniczym elementem kondycji emigranta!

Emigranci są zazwyczaj ludźmi wielkiej aktywności i świadomie nie rezygnują łatwo ze swych uprawnień, również psychicznego typu! Wskazywałoby to na nadzwyczaj głęboki kompromis. Kompromis - naszym zdaniem - trwale i zasadniczo odkształcający osobowość!

Do tej konkluzji można przywiązywać mniejsze lub większe znaczenie. Niemiecka psychologia i socjologia środowisk imigracyjnych przywiązuje do niej duże znaczenie, choć główny nacisk kładzie się tu na wynikające z tego stanu postawy agresywne i inne pochodne. Osobiście również uważam, że stan permanentnej, „zaakceptowanej nienormalności” jest podstawą rozumienia zachowań jednostkowych i zbiorowych, choć akurat te demonizowane przez Niemców zachowania agresywne wydają mi się mniej ważne. Ważniejsze natomiast są:

 zanik normalnej (o nastawieniu pozytywnym) więzi środowiskowej i zastąpienie jej stosunkiem o charakterze obronnym,

 silnie nienaturalny pęd w kierunku dostosowania się do nowego otoczenia, co łączy się z kompromisem działającym na zasadzie nieuświadomionej opresji.

Pojęcia „normalność” czy „nienormalność” są oczywiście wysoce niedoskonałe do opisu omawianego tu zjawiska. Używamy ich, gdyż wynikły z wypowiedzi respondentów. Postarajmy się więc je nieco uściślić.

By coś uznać za normalne potrzebna jest „norma”. Rodzaj wzorca, wobec którego pojęcie to funkcjonuje! Normą taką bywa zwykle prawo, obyczaj, tradycyjny sąd obiegowy dotyczący przedmiotu lub zjawiska, społecznie akceptowana forma zachowania itp. „Normalne” jest to, co jest przynajmniej zbliżone do „normy” - to, co stoi z nią w wyraźnej sprzeczności jest „nienormalne”. To oczywiście banały! Ale nabierają one znaczenia, gdy przypomnimy, że w PRL, z którego wyjechała opisywana przez nas grupa ludzi, dość trudno było mówić o istnieniu jakichś „norm”. Bo trudno nazwać normą społeczną coś co odnosi się do niewielkiej i stale zmiennej grupy. Są to normy środowiskowe, partykularne w najlepszym przypadku, ale na pewno nie społeczne.

Normy społeczne Polaków po II Wojnie Światowej, to te, które okaleczone znacznie ocalały we wspomnieniach z przed 1939 roku. Niewiele z nich mogło odrodzić się lub choćby zafunkcjonować w nowej rzeczywistości politycznej, społecznej, ludnościowej, bytowej. Rzeczywistość starała się narzucać nowe normy, trudne do zaakceptowania, odrzucane, przyjmowane częściowo, na chwilę, wobec stosunkowo płynnych form egzystencji zbiorowej. Zagłębiając się nieco w to zagadnienie można nawet kwestionować istnienie jakichkolwiek norm społecznych - bo działanie instynktu samozachowawczego czy próby ukrycia osobistych sądów o otoczeniu nie są przecież normą. Rozwój sytuacji w latach 1947-80 niewiele w tej sprawie zmieniał, gdyż charakteryzował się permanentnym zróżnicowaniem norm postulowanych w stosunku do stosowanych! Postulowanych przez reżim, kościół, szkołę, formalne związki i partie, nieformalne koterie, rodzinę (która bynajmniej też nie posiadała swej społecznie rozpoznawalnej formy) itp. itd. Norma pozostawała właściwie sprawą osobistą, której społeczne znaczenie odnajdywało się z trudem, jeśli pominąć te, które funkcjonowały sporadycznie lub w ograniczonym zakresie. Każde środowisko (też twór stosunkowo płynny w tym czasie) starało się posiadać jakieś własne zasady współżycia, które jednak z właściwie rozumianą normą społeczną niewiele miały wspólnego.

Atoli jest rzeczą oczywistą, że społeczeństwo mieści w sobie sporą ilość jednostek, które bez normy obyć się nie mogą, lub obywają się z trudem. W takim stwierdzeniu niema pejoratywnej oceny! Nie chodzi nam bowiem o jednostki niesamodzielne, o słabszej osobowości, czy łatwo ulegające autorytetom czy wpływom otoczenia. Te osoby w komunistycznej rzeczywistości odnajdywały wystarczająco dużo półnorm i półautorytetów, by się nimi zadowalać. Chodzi nam w pierwszym rzędzie o te jednostki, które mają właśnie szczególnie rozwinięty zmysł społeczny, dla których działalność typu samotniczego ma mniejszy sens od działalności zbiorowej, zgodnej, uporządkowanej - czyli takiej, która opiera się na wytwarzaniu wspólnych dóbr istotnych społecznie, rozumianych jako wspólne i jako takie wręcz zasadnicze. Oczywiście rozumiemy tu pod pojęciem „dobra” wartości nie tylko materialne, ale i kulturowe, duchowe itp. Dla tych osób brak lub płynność norm społecznych powszechnie akceptowanych, a co ważniejsze - realizowanych - jawić się może i jawi jako opresja ich braku - po prostu jako permanentna „nienormalność”.

Ludzie tacy interesują nas tu z tego przede wszystkim powodu, że właśnie wśród emigrantów stanowią oni przeważający procent!

Człowiek, który bez norm i wynikającej z nich alternatywy „normalne-nienormalne” żyć nie bardzo potrafi lub nie chce - wytwarza sobie ich surogaty pozwalające mu funkcjonować. Te surogaty są różnego rodzaju; - od dziwacznych tworów własnej wyobraźni prowadzących do dewiacji, po te, które nas tu najbardziej interesują, a mianowicie wyobrażenia o normach obowiązujących gdzie indziej! Oczywiście skutkiem owego surogatowego charakteru zapoznanych czy wytworzonych na własny użytek i w rezultacie zaakceptowanych pseudonorm, są decyzje o podobnie zastępczym charakterze. Jedną z takich decyzji jest, naszym zdaniem, decyzja o emigracji!

Pozostając w zgodzie z logiką takiego rozumowania musimy postawić następujące tezy;

 - akt emigracji jest wynikiem wydziedziczenia człowieka z poczucia normalności otaczającej go rzeczywistości, a co za tym idzie normalności własnego działania w niej.

I drugą!

- Pierwsze pokolenie emigracyjne podlega temu wydziedziczeniu i jego psychologicznym i socjologicznym następstwom również w miejscu pobytu.

Druga z tez wymaga dodatkowych wyjaśnień.

Pierwszy okres pobytu na emigracji - o czym już była częściowo mowa - ujawnia niespójność norm wyobrażonych przed emigracją z zastanymi w miejscu osiedlenia (próba korekty tej sytuacji jest najczęstszą przyczyną zmiany kraju osiedlenia). Oczywiście, normy zastane w nowym otoczeniu nie poddają się wyobrażonym wcześniej!

Uznanie przez imigranta tego stanu rzeczy za sprzeczny z jego oczekiwaniami kompromitowałoby całkowicie dokonany przez niego wybór. Z kolei wybór ten - jego słuszność - jest w zasadzie jedyną podstawą dalszej egzystencji! Bez tego poczucia, lub wobec jego istotnego zachwiania, następuje zwykle proces szybkiego załamania i często nieodwracalnego wykolejenia. To dramatyczna sytuacja! W praktyce broni przed nią zgoda na nową „nienormalność” tym różniącą się od opuszczonej, że posiada racjonalne uzasadnienia. Pozwala przyjąć ów „los” - wynik własnej decyzji! Czyż jednak zgoda ta wyczerpuje zagadnienie?

Jest to przecież rodzaj akceptacji gwałtu - powolnego, stosunkowo łagodnie przebiegającego, ale jednak...

Zwraca także uwagę trwałość opisywanego tu syndromu.

 

Wewnątrz Polonii niemieckiej następują gwałtowne zmiany, o czym będzie mowa dalej, a jednak problem trwa niezmiennie. Warto tu może przytoczyć wypowiedzi Przewodniczącego Polskiej Rady w Niemczech Janusza Marchwińskiego z roku 1996. Marchwiński, który bynajmniej nie należy do ludzi obciążonych „kompleksem latarnika „ (wg. Sienkiewicza), na rzeczywistość polonijną patrzy trzeźwo i raczej bez sentymentów, pisał:

..Brak w codziennym życiu jasnych odniesień do usytuowania w przestrzeni społecznej! Najwidoczniej wszyscy emigranci przeżywają ten sam, znany mi, stan rozkojarzenia - zanim uporządkują nowy system wartości: co znaczy być u siebie, kto jest swój, a kto obcy. (..) Ani swój ani obcy! Meduza zawieszona w przestrzeni oceanu. (..) Dla Niemców nie całkiem swój, bo przyjechałem tu już jako człowiek dorosły i moje korzenie - choć rozległe - (podkr. M.I.) nie mogą być głębokie. Nie mam tu kolegów ze szkolnej ławy, zdjęć z kolegami z Bundeswehry a Goethego czytałem w przekładzie na polski. Duchowy stan zawieszenia, szpagatu pomiędzy dwiema kulturami.” („ Perspektywy polsko-niemieckie” str.19/20 - czerwiec 1996) „Słysząc język polski na ulicy, większość rodaków odwraca się. Po Mszach Swiętych Polacy z wypełnionego kościoła wracają do domu pojedynczo.” („Biuletyn PRwN”- grudzień 1996)

 

Daleki jestem od przywiązywania do opisanych wyżej wyników naszych testów i przemyśleń przesadnej wagi. Są to rzeczy niemal oczywiste, ale ich znaczenie polega na tym, że zazwyczaj są zapominane lub bagatelizowane. Staram się jedynie zwrócić uwagę na ich zasadniczy charakter w opisie grupy polskiej w Niemczech, na ich przemożny wpływ na formy zachowań wobec siebie wewnątrz i na zewnątrz.

Przywołane tu problemy nie są też jedynymi istotnymi przyczynami obserwowanych dziś zachowań zbiorowych. Jest ich wiele! Celem tego tekstu jest jedynie wykazanie, że przy ocenie zachowań Polaków w Niemczech konieczne jest bezustanne branie pod uwagę tego, że przedmiotem naszej obserwacji jest grupa „w stanie szczególnym” i kryteria funkcjonujące skutecznie przy opisie innych grup społecznych czy w innej sytuacji - tu nie funkcjonują, lub funkcjonują bardzo zwodniczo.

Oczywiście opis powyższy nie dotyczy 100% członków omawianej grupy! Dotyczy jednak syndromu wpływającego w sposób zasadniczy na kształt najważniejszych zachowań zbiorowych - syndromu, który pozwala wiele z nich zrozumieć.

Wiele uwag zawartych powyżej odnosi się jedynie do grupy polskiej w Niemczech. Powody, dla których różni się ona zasadniczo od takich grup w innych krajach, a także dlaczego posiada ona swą specyfikę w samych Niemczech, postaramy się wskazać dalej.

 

Polonia niemiecka - grupa złożona. (fragment)

 

Chwila przekroczenia granicy państwa, w którym człowiek wyrósł, jest momentem szczególnym. Atoli przeżycie to jest istotne przede wszystkim dla ludzi urodzonych i wychowanych w PRL. Mój ojciec, który przed II Wojną Światową kręcił się po Europie (z powodów zawodowych) jak przysłowiowa fryga, nie rozumiał tego. Mój nauczyciel prof. Sinko uważał, że utrudnianie mu swobodnego poruszania się po świecie likwiduje jego profesorski status.

Jeszcze czym innym jest przekraczanie granicy państwa pochodzenia, urodzenia, wychowania - świadomie i na zawsze!

Akt emigracji - z psychologicznego punktu widzenia odmienny w niemal każdym osobniczym przypadku - jest ponadto zróżnicowany socjologicznie, gdy weźmie się pod uwagę jego przyczyny. W jednym z wcześniejszych rozdziałów zwróciliśmy uwagę na to, że często, a może nawet w większości przypadków rzeczywisty powód nie jest jasno rozumiany, gdyż jest zjawiskiem społecznym, czego poszczególny człowiek zwykle nie analizuje. Zazwyczaj jednak działają tu pewne „pojęcia klucze”, stereotypy (właśnie społeczne, zbiorowe); - i tak, ludzie sami siebie odnajdują pośród emigrantów „politycznych”, „ekonomicznych” czy jakich tam innych. Ma to dla nich o tyle znaczenie, o ile posiadanie takiego przyporządkowania, a więc „świadomość” bycia kimś z jakiejś grupy, pomaga w podjęciu tej drastycznej decyzji.

Wydaje się czasem, że emigrantem można zostać niejako przez przypadek. To nieprawda! Kto znalazł się poza Ojczyzną przez przypadek, ten zwykle wraca do niej przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Mimo, że takie samoprzyporządkowanie się do jakiejś hasłowej grupy jest zwykle chybione (głębsze powody nie dadzą się do tego stopnia uprościć), ma ono istotne znaczenie. Wiele zachowań w początkowej fazie w nowym środowisku, a głównie zachowań późniejszych (stałych) zależy od tego. Inny stosunek do świata pozostawionego jak i do zastanego ma człowiek, który emigrował w poczuciu zagrożenia życia (również z biedy), inny ten, który wyjechał by odnaleźć warunki do swobodnego rozwoju intelektualnego.

Jednak nie ten element wydaje się najistotniejszy! Ważniejsze okazują się te przyczyny konstytuujące akt emigracji, a następnie wpływające na odmienności grup socjologicznych, które dadzą się niejako zobiektywizować, które da się wskazać poza sferą osobistych odczuć. Należą do nich:

  •  gwałtowna zmiana granic państwowych,
  •  zanik organizmów państwowych lub gwałtowna zmiana tych organizmów w inną formację polityczną, gospodarczą, społeczną itp. - powodujące, że ludzie stają się emigrantami bez zmiany miejsca pobytu i bez własnej woli,
  •  odcięcie od Ojczyzny (niemożność powrotu do niej) poprzez drastyczną zmianę podstawowych kryteriów tę Ojczyznę konstytuujących,
  •  ekspulsja,
  •  gwałtowne zmiany ustrojowe, naruszające zasadniczo status społeczny grup ze względu na przyporządkowanie narodowe, religijne, społeczne itp.,
  •  drastyczne załamania systemu gospodarczego i poważne zaburzenia w systemie oceny (wynagradzania) pracy, w tym zanik lub dyskryminacja całych gałęzi wytwórczości i aktywności zbiorowej.
  • Do tych zasadniczych, obiektywnych przyczyn masowych zjawisk emigracyjnych dodajmy jeszcze trzy przyczyny innego typu;
  •  ilościowy stosunek wewnątrz opuszczanego środowiska osób dotkniętych wyżej wskazanymi dolegliwościami,
  •  stosunek większości pozostającej do aktu emigracji (bo emigruje zawsze tylko jakaś mniejszość),
  •  średni wiek grupy emigrującej i jej średni status rodzinny.
  • Zwróćmy teraz uwagę na to, że emigracja w wyniku każdej z tych przyczyn pociąga za sobą inny typ obciążeń technicznych i psychicznych. Np. zmiana granic nie łączy się zwykle z utratą ani mienia, ani zmianą środowiska, otoczenia strukturalnego, językowego czy biologicznego. Postrzegana jest jednak zwykle jako gwałtowne zachwianie lub zasadnicza zmiana statusu prawnego, osobistego i grupowego. Z kolei wyjazd za aktualną granicę państwową wiąże się zwykle z utratą niemal całości mienia, wejściem w zgoła odmienne środowisko, warunki, otoczenie językowe - atoli łączy się z poczuciem poprawy statusu i sytuacji prawnej. Czyli właściwe przeciwieństwa!
  • Z gruntu odmiennie wygląda też proces kształtowania się grup złożonych w początku emigracji z osób samotnych i w sile wieku od grup rodzin z małymi dziećmi lub osobami starymi.

    Czy owe drastyczne różnice mają rzeczywiście istotny i trwały wpływ na późniejsze zachowania osobiste, a przede wszystkim zbiorowe?

    Z naszych obserwacji wynika, że tak!

    Jak do tego dochodzi?

    Dla większości emigrantów pierwszy okres pobytu poza krajem określają następujące priorytety;

  •  przełamanie bariery językowej,
  •  uzyskanie pracy,
  •  uzyskanie mieszkania i wyposażenie go w potrzebne sprzęty.
  • W Niemczech w działaniach tych pomocne są różne instytucje i organizacje (np. Socjalamt, Arbeitsamt, Wohnungsamt, Caritas itp.). Ich aktywność jest duża i pomoc zazwyczaj skuteczna - atoli uzyskują one w ten sposób bardzo duży wpływ na istotne decyzje podopiecznego! Wpływ - który pośrednio działa też na jego samoocenę, samopoczucie, a więc i na zachowanie w stosunku do otoczenia.
  • Początkowa bariera językowa powoduje, że głównym źródłem informacji o otoczeniu (przepisy, struktury, układy hierarchiczne itp.) są wcześniejsi przybysze lub ich organizacje. Kontakty te nie są jednak zwykle łatwe ani przyjemne. Cechuje je spora nieufność i dystans. W wielu wypadkach zasada ta dotyczy również bliskich znajomych i rodziny z dłuższym stażem emigracyjnym.

     

    Zofia R. przyjechała do Hamburga w roku 1979 z mężem chorym na białaczkę i dwójką córek, z których starsza miała właśnie iść do szkoły. Na emigrację zdecydowała się, gdy lekarze powiedzieli jej, że mężowi pozostało nie wiele więcej niż rok życia, bo są bezradni. W Gdańsku była nauczycielką. Uczyła angielskiego i rosyjskiego. W urokliwym miasteczku pod Hamburgiem miała siostrę z mężem, którzy wyjechali zaraz po maturze przed 12 laty. Należeli do jakiejś dobrej organizacji polonijnej, więc byli już trzy razy bezpiecznie w odwiedzinach w kraju, pomimo, że uciekli z wycieczki. Podobno mieli domek z ogródkiem i psa, którego na czas wycieczek po Europie zostawiali w psim hotelu.

    Zofia nawet nie pisała im o swych planach. Działała ostatnio jak w transie nie mogąc sobie wyobrazić siebie z dziećmi samej po zbliżającym się nieuchronnie rozstaniu z nim. Zadzwoniła po prostu a z lotniska., że są w Hamburgu.

    Po niecałej godzinie ciemnowiśniowy Mercedes wiózł ich na północ, gdzie podobno niedawno jeszcze była Dania. Domek skromny, ale był! Powitanie z siostrą w progu wzruszające, Zofia rozpłakała się na dobre, siostra też uroniła parę łez. Rozwijanie prezentów, kilka pamiątek po rodzicach, panowie sączyli piwo, pies okazał się wielkim przyjacielem dzieci.

    - Mamo! On rozumie po Polsku, bo robi wszystko co mu każę! - cieszyła się córeczka.

    - To jest przecież polski piesek, kochanie! - chwaliła go ciotka - Tylko sąsiedzi mówią do niego po niemiecku.

    Atmosfera popsuła się dopiero przy kolacji, gdy Zofia powiedziała wprost, że zamierzają zostać w RFN, choć szybko zastrzegła, że nie będą sprawiać kłopotu, gdy tylko dostaną azyl.

    Wujek i tak był małomówny, jeszcze w Polsce, ale ciotka w stylu iście sienkiewiczowskim przedstawiła cienie emigracji. Tęsknota za Ojczyzną jest czymś właściwie nie do zniesienia, a Niemcy nigdy nie zaakceptują Polaków u siebie. Siedzą tu bo muszą, bo już pozrywali wszystkie więzy, ale gdyby mogli to zaraz by w te pędy wrócili do Ojczyzny, jaką by nie była i co by w niej się nie działo. Zrezygnowała dopiero, gdy już w szlafrokach, tuż przed zaśnięciem, w przyciszonej rozmowie w cztery oczy z siostrą dowiedziała się o powodach jej decyzji i zrozumiała, że nie wskóra nic.

    Rano zawiozła gości na policję i po kilku godzinach żmudnych działań i wypełnieniu niezliczonej ilości formularzy, wizytach w jeszcze dwóch urzędach umieściła ich w pensjonacie dla oczekujących na decyzję władz azylowych. Mały schludny pokoik z dwoma piętrowymi łóżkami, szafą, umywalką, stolikiem z krzesłami, łazienka na korytarzu, tylko wieczorami sąsiedztwo urządzało niekończące się imieniny. Szwagier odwiedzał ich wracając z pracy kilka razy w tygodniu, przywoził smakołyki dla dzieci, czasem salami i holenderskie sery. Srednio raz na dwa tygodnie krewni spotykali się w domku w byłej Danii. Kiedyś ciotka rozpłakała się i opowiadała jak to im niełatwo, a poza tym właściciel domu w którym mieszkają, nie wyraził zgody, by ktokolwiek jeszcze mieszkał z nimi na stałe.

    - Ta stara świnia, która zdziera z nas ostatnią skórę, nienawidzi dzieci, a mieszka łobuz za płotem. - pomstowała - Przed nim nic się nie ukryje!

    Wujek wydawał się trochę speszony, ale nic nie mówił, skoro ciotka płakała.

    Innym razem, nie pozwalając sobie już na wstydliwe wzruszenie, ciotka tłumaczyła Zofii, że jedyną szansą na skuteczne wejście w ten świat, jest przetrwanie tego wszystkiego, co przeszli tu wszyscy. Tego dnia zaprowadziła też Zofię do jednego specjalisty, który miał nauczyć ją co zrobić, żeby załatwić rentę po mężu, gdy już umrze. Zofia nie zrozumiała wiele, ale przyrzekła, że podpisze konieczne wnioski i formularze.

    - Czy to jest adwokat? - zapytała nieśmiało, gdy wyszli z kawiarni.

    - Zwariowałaś! - oburzyła się ciotka - Adwokat weźmie kupę forsy i nic nie załatwi. To jest taki nasz prywatny doradca.

    Mieli spotkać się po dwóch tygodniach, gdy doradca przygotuje papiery do ubezpieczenia i odpowiednie kontakty, ale mąż Zofii po tygodniu wylądował w szpitalu z którego już nie wyszedł, jego choroba stała się faktem oficjalnym i nie było już możliwości wykupić korzystnej polisy, która pozwoliłaby się zaskoczyć nagłą i niepodejrzewaną przedtem chorobą.. Azylu doczekała się już Zofia sama z dziećmi.

    Wyjechała z Hamburga do Karlsruhe z koleżanką z pensjonatu dla Asylbewerberów, bo ta miała tam jakieś możliwości, które mogły także dotyczyć Zofii.

    Nostryfikacja dyplomu z Polski przeciągała się. W jednym z listów ciotka uspokajała: „Wszyscyśmy to przeszli! Nie załamuj się! Ja głupia fryzjerka przyuczona w Jelitkowie do zawodu dałam sobie radę, to i ty Zosieńko wyjdziesz na swoje. Modlę się za ciebie. Zostań z Panem Jezusem.”

    Rada okazała się dobra. Gdy spotkałem Zofię R. W roku 1983 korzystała z pomocy socjalnej i zarabiała w polskiej parafii jako nauczycielka języka polskiego. Sekretarka proboszcza wybierała się za trzy miesiące na emeryturę. Zofia miała duże szanse!

    Bogu dzięki - dziewczynki rosły w zdrowiu i szwargotały po niemiecku z koleżankami ze szkoły, w której czuły się dobrze.

     

    Pod wpływem wielu elementów zewnętrznych - pierwsze istotne bytowo decyzje są zwykle wymuszone i znacznie odbiegają od oczekiwanych! Oto kilka najważniejszych przykładów tego mechanizmu:

  •  człowiek godzi się na przekwalifikowanie zawodowe (kursy proponowane przez Arbeitsamt itp.), a następnie podejmuje pracę „mało chcianą”. W pierwszym okresie emigracji dotyczy to ponad 70% osób.
  •  godzi się na mieszkanie i jego wyposażenie (tak zwane „socjalne”) niezgodne z oczekiwaniami, które traktuje jako chwilowe, prowizoryczne, a w którym mieszka zwykle wiele lat (ponad 60% przypadków),
  •  odczuwa niezasłużenie deprecjonujący stosunek otoczenia (np. na kursach językowych, w pierwszym miejscu pracy). Dotyczy to ponad 50% osób,
  •  odczuwa niezasłużoną (w własnej ocenie) obcość otoczenia (ponad 55% osób),
  •  odczuwa zasadniczą odmianę funkcji i znaczenia w otoczeniu najbliższym (np. rodzina) Czasem „na lepsze” - ale zawsze nowe! (ponad 67% osób).
  • Suma tych uwarunkowań w znacznym stopniu ogranicza;
  •  poczucie samodzielności,
  •  poczucie własnej wartości,
  •  samoidentyfikację zawodową,
  •  a więc w rezultacie - samoidentyfikację osobowościową!
  • To poważne zachwianie powoduje zazwyczaj silny i zwykle sztuczny wzrost wartości tych elementów samoidentyfikacji, które są niezależne od sytuacji bytowej, które z nią bezpośrednio nie korespondują! Tak właśnie dochodzi do ekstremalizacji poczucia kombatanctwa, narodowości, wartości intelektualnej, znaczenia politycznego, patriotyzmu, ofiarności, rygoryzmu moralnego, religijności itp.
  • Z kolei ekstremalizacja ta powoduje swoistą sztuczność tych wartości. W rezultacie dochodzi do wytworzenia zastępczej samoidentyfikacji osobowościowej - która w sposób oczywisty utrudniając kontakty z otoczeniem w znacznym stopniu je wynaturza.

    Najczęściej owocuje to nadzwyczaj rygorystycznym podejściem do wartości przez siebie uznawanych i znacznym osłabieniem tolerancji w stosunku do otoczenia. I wydawałoby się, że w tej sytuacji nic prostszego, jak organizowanie się w grupy jednostek o podobnych kryteriach oceny i podobnych postulatach. Jest to jednak wręcz niemożliwe dlatego, że w autentyczne grupy współdziałania można się łączyć w sposób naturalny - jedynie na podstawie autentycznych kryteriów i wartości - a omawiane tutaj mają przecież charakter jedynie zastępczy.

    Dodatkowym elementem kształtującym tę samoidentyfikację jest często próba odcięcia się samym aktem emigracji od wstydliwych, nieakceptowanych fragmentów własnej biografii. Szacuje się, że ponad 25% emigrantów podlega takim potrzebom. Są to rzeczy nadzwyczaj zróżnicowane; - od wstydu że się należało do ZMP, PZPR, że było się tam funkcjonariuszem, chęć wyplątania się z pochodzenia z wstydliwej rodziny (np. ojciec znany ubek czy Volksdeutsch w czasie okupacji itp.), chęć oderwania się od własnej przeszłości przestępczej, aż po próby ucieczki przed zobowiązaniami rodzinnymi, konwertyzm religijny, czy niegdysiejsze pobyty w zakładach psychiatrycznych. Takie odcinanie się od własnej przeszłości powoduje częsty lęk przed ujawnieniem jej, lub nachalne i nienaturalnie intensywne zdobywanie i popularyzowanie własnych zasług mogących przeszłość unieważnić.

     

    Zbliża się dzień Sw. Mikołaja. W mroźny listopadowy poranek rozdaję pod polskim kościołem ulotki zapraszające na wieczór starych i nowych, ludowych pastorałek polskich w wykonaniu Wojciecha Siemiona. Nie ulega kwestii jego znawstwo polskiej kultury ludowej i zawodowy kunszt artysty. Recenzje z Ameryki, gdzie Siemion pokazywał ten program w ubiegłym roku, są entuzjastyczne.

    Z tłumu wyłania się Staszek B. dziś blisko sześćdziesięcioletni rzemieślnik, stojący na czele jednej z tutejszych organizacji polonijnych. Przyjechał w roku 1983 prosto z więzienia z paszportem w jedną stronę. Od tego czasu żyje skromnie, staremu kawalerowi wiele nie trzeba, niemieckiego nie zdołał się już porządnie nauczyć, ale do ciężkiej pracy wystarczy. Był już w czterech organizacjach. Ostatniej, do której zapisał się przed dwoma laty, od trzech miesięcy przewodz.i

    Zbliża się energicznym krokiem, w sękatej dłoni trzyma na wpół zgniecioną ulotkę.

    - Co ty tu kurwa reklamujesz! - krzyczy do mnie już z daleka - Tego skurwysyna komunistę? Czy wyście na głowę poupadali?

    W pobliżu stoi Julek S. Z zarządu staszkowej organizacji. Rzuca mi swoją ulotkę pod nogi dodając wystarczająco głośno, by najbliższa setka stojących w pobliżu słyszała dobrze jego komentarz na mój temat.

    - On sam był czerwony w Polsce, więc czemu tu się dziwić! - odwraca się zapalając papierosa.

    - Czy wyście kurwa poszaleli! - wtrąca się nieznany mi, podchmielony chłopak, który wysiadł przed chwilą z autobusu przywożącego na mszę ludzi z pobliskiej budowy kontraktowej.

    Odchodzę w inną część placu.

    Julek S. jest synem nieżyjącego już komunistycznego ministra z lat pięćdziesiątych. „Popularność” jego ojca była w kraju na tyle duża i trwała, że Julek czując na sobie jej odium postanowił wyjechać zaraz po wydarzeniach grudniowych roku 1970. Młody, zdolny inżynier (urodzony w Moskwie w 1943 roku) nigdy nie identyfikował się z karierą ojca i nigdy nie starał się z niej korzystać (oczywiście na tyle, na ile to było możliwe). W Niemczech dał sobie doskonale radę, starczyły wrodzone, prawdziwe zdolności i pracowitość. W okresie stanu wojennego w Polsce zrobił tu dużo dobrego. O jego pochodzeniu nie zawsze pamiętano, był sobą, już nie „synem ojca”. Na jakiś czas odizolował się od polonijnych działań, trudno go było nawet spotkać na polonijnych imprezach. Ostatnio znowu się uaktywnił.

    Znam go dobrze i niesprawiedliwością byłoby go nie szanować. Mimo wszystko.

    Przecież wychowawszy się w Warszawie znał historię życia Siemiona. Wszyscy ją znali. Kim miał być w tamtych czasach ze swym wielkim talentem, popularnością i małowioskowym sznytem w wielkim mieście, gdzie koledzy ministra S. namaszczali nowe pokolenia na autorytety nowych czasów? Reakcjonistą z pół hektara? Kim jednak był Siemion „komunista” przy takich orłach tego środowiska jak Mikulski, czy sam wielki Łomnicki?

    W środowisku demokratów polskich na emigracji każdy ma prawo do wyrażania swych uczuć. To przyzna każdy.

     

    Syndromy wyżej opisane w stopniu mniejszym lub większym dotyczą ponad 40% osób, które emigrowały do RFN w latach 1956-85. Co istotne - ci właśnie ludzie najliczniej uczestniczą w polonijnych działaniach zbiorowych! Nie może więc to pozostać bez wpływu na ich formy zachowań.

    W swym składzie socjalnym Polonia niemiecka jest niemal odwzorowaniem społeczeństwa polskiego i to niemal w identycznych proporcjach procentowych. Wynika to ze specyficznych warunków, w których Polonia ta powstała. Szereg krajów, do których emigrowali po II Wojnie Światowej Polacy, zawarła w systemie przyjmowania imigrantów określone kryteria i priorytety. Dotyczyły one niektórych zawodów, wieku imigranta, jego sytuacji rodzinnej, znajomości języka itp. RFN przyjmowała każdego! Był to skutek całościowej decyzji politycznej podjętej w momencie powstawania RFN jako państwa. Dodatkowo był to, podobnie jak Austria, kraj tranzytowy. Tu zatrzymywali się ludzie, by załatwić formalności emigracyjne do krajów dalszych. Tu też po raz pierwszy poznawali różnicę pomiędzy gospodarczym wschodem a zachodem. Tu wreszcie dowiadywali się dopiero czegoś konkretnego, o sytuacji emigracyjnej w krajach, do których mieli zamiar się udać. Wielu z dalszej emigracji rezygnowało, korzystając z liberalnych do końca lat osiemdziesiątych praw pobytowych w Niemczech. Stąd, między innymi, duża ilość przybyszów z Polski i ich niebywała różnorodność.

    Nim przejdziemy do próby określenia grup polskich w RFN, konieczne są informacje dotyczące ogółu tej Polonii.

    Ile nas jest? - „osób, które są polskiego pochodzenia, albo przyznają się do języka, kultury lub tradycji polskiej” (to nieco przydługie określenie zawarte jest w Traktacie Polsko-Niemieckim z 17.06.1991 i stanowi tym samym termin prawny). Dalej jednak będziemy używać określenia Polonia, jako ekwiwalentu.

    Odpowiedź nie jest łatwa!

    Każdy z niemieckich instytutów bądź urzędów podaje w tej sprawie inne dane. Unaocznia to wagę problemu Polonii w RFN dla niemieckich gospodarzy. Jest ona przedmiotem bezustannej interpretacji, a niekiedy nawet politycznego sporu. Głównie chodzi o definicję, o kryteria, którym powinien odpowiadać człowiek kwalifikowany do tej grupy.

    Teoretycznie, biorąc pod uwagę treść wyżej cytowanego zapisu Traktatu, sprawa jest prosta - „wszyscy, którzy są, lub poczuwają się..”! Tymczasem te sformułowania niezmiernie komplikują ujęcie statystyczne. Pierwsze z nich „pochodzenie” posiada w RFN swą wykładnię prawną, choć w późniejszej analizie wykażemy, że do wykładni tej można zgłosić szereg istotnych wątpliwości. Natomiast „..przyznawanie się do..” nastręcza już nadzwyczajnych trudności. Czy chodzi o przyznających się stale, a jeśli tak to w jaki sposób, czy wystarczy jakiś jednorazowy akt „przyznania się”, jeśli tak to jaki...

    Daje to Polonii szerokie pole gry w swych własnych sprawach, ale pozostawia też Niemcom równie dużo swobody! Obie strony z sytuacji tej obficie korzystają, toteż pogodzenie stanowisk bywa trudne. Uwarunkowania polityczne, i społeczne, a także historię tego sporu omówimy w osobnym rozdziale. Teraz pozostaje nam określić źródła naszych szacunków, by czytelnik wiedział jak powstały używane dalej liczby.

    Źródła informacji stanowią:

  • Główny Urząd Statystyczny RFN,
  • Instytuty demograficzne i statystyczne w RFN,
  • Dane urzędowe publikowane okresowo - Dane te są na ogół bardzo trudno dostępne! Szereg instytucji zbierających tego typu informacje traktuje je jako poufne. Te, które trafiają na zewnątrz za pośrednictwem środków publicznej komunikacji noszą niemal zawsze poważną skazę propagandową, chyba że stanowią tak zwany „przeciek”. Są to jednak wypadki rzadkie i też trudno ocenić ich informacyjną wartość. Z tego powodu konieczne jest pozyskiwanie danych ze źródeł mniej oficjalnych. Są to więc;
  • Dane Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech,
  • Informacje i badania własne (polonijne),
  • Niezależne informacje prasowe.
  • Źródła podane pod numerami 4-6 mają swą istotną specyfikę i wynikającą z niej wartość. Np. dane będące w posiadaniu Polskiej Misji Katolickiej określają dość precyzyjnie ilość osób, korzystających z wszelkiego typu posług duszpasterskich w języku polskim. Trudno kwestionować wartość takiej informacji, tym bardziej, że zbierana ona jest bardzo kompetentnie - nie tylko przez częste obliczenia uczestników Mszy Świętych odprawianych po polsku, ale również przez ścisłą współpracę (roszczenia) z Urzędami Skarbowymi (Finanzamt). Obowiązująca w RFN deklaracja wyznaniowa do naliczania podatku, który następnie częściowo wraca do poszczególnych parafii w zależności od liczby wiernych z niej korzystających, stanowi konkretny bodziec do uzgadniania tej liczby i w rezultacie stanowi dane obiektywne z stosunkowo niewielkim marginesem błędu. Wadą tego źródła jest fakt, że nie istnieją misje innych wyznań skupiających Polaków. Toteż np. polscy ewangelicy wymykają się statystyce. Łatwo jest jednak uzupełnić te dane poprzez badania własne, określające stosunki ilościowe pomiędzy poszczególnymi wyznaniami, a także osobami deklarującymi swą bezwyznaniowość. Przypuszczalny błąd tutaj nie przekracza poziomu 0,7%.
  • Badania własne opierają się też np. na wskaźnikach wynikających z uczestnictwa w wszelkiej podaży kulturalnej w języku polskim, a także analizie czytelnictwa prasy polskojęzycznej (w tym ilości prenumerat prasy krajowej i poziomu jej sprzedaży bezpośredniej na terenie RFN). Dane te stosunkowo łatwo uzyskać z firm zajmujących się tego typu kolportażem, a ilość ich jest niewielka.

    Jak z tego widać, wszystkie podane wyżej źródła mają swe zasadnicze wady i zalety. W tej sytuacji jedyną właściwą metodą wydają się obliczenia porównawcze, uwzględniające wszystkie dane - przy solidnej, wynikającej z wieloletniego doświadczenia „na co dzień” możliwości ich oceny. Możliwe to jest jedynie dla osób na stałe żyjących w tym otoczeniu i interesujących się tego typu zjawiskami statystycznymi. Tak więc zakładany poziom błędu w przedstawionych tu obliczeniach stanu Polonii na terenie „starych landów” RFN - (danych dotyczących terenu byłego NRD nie posiadamy) określić można na 1,3 - 1,5 %.

    Jak one wyglądają?

    Drugą Wojnę Światową przetrwało na terenie okupacyjnych stref amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej około 108 tys. Polaków z obywatelstwem niemieckim. Dane te ogłoszone zostały przez Wspólną Komisję Ludnościową trzech sektorów w roku 1947. Dodatkowo komisja ta szacowała wówczas, że na terenie Berlina przebywa 16 do 20 tys. takich Polaków. Czyni to sumę w tej grupie pochodzenia 120 tys.

    Dane, dotyczące sowieckiej strefy, były od początku fałszowane. W odniesieniu do Polaków posiadamy cztery Komunikaty Oficjalne Sowieckich Władz Okupacyjnych na ten temat, jednak wszystkie one wydawane były przez nie współpracujące ze sobą sowieckie służby. Z tego względu różnią się od siebie tak znacznie, że nie ulega wątpliwości, iż służyły czystej propagandzie i z rzeczywistością nie miały nic wspólnego. Raz określa się tę ilość jako 41 tys. a za parę miesięcy prasa sektora sowieckiego podaje 270 tys. - kiedy indziej znów na 62 tys. Widać z tego, że wartość informacyjna tych danych równa jest zeru. Dalej interesować się będziemy wyłącznie danymi ze stref zachodnich, czyli z terenu późniejszego RFN.

    Osób wywiezionych na te tereny z okupowanej Polski do roku 1945, wg. danych hitlerowskich, było 1 mln. 114 tys. Według porównywalnych danych amerykańskich z 1946 r. ilość Polaków takiego pochodzenia szacowano na 1 mln. 120 tys. Rozbieżność, przecież niewielka, bierze się stąd, że podanie się przed alianckimi władzami okupacyjnymi za „osobę przymusowo wywiezioną” dawało w tym czasie wymierne korzyści. Możemy więc przyjąć liczbę 1 mln. 115 tys.

    Po demobilizacji oddziałów Wojska Polskiego w służbie brytyjskiej na terenie Niemiec znalazło się ponadto wg. danych brytyjskich 9,5 tys. ludzi, ale liczba ta nie obejmuje stosunkowo niewielkiej ilości (około 500 żołnierzy), którzy przybyli po demobilizacji do Niemiec z Holandii, Belgii i Danii. Nie liczono też jako Polaków grupy około 1 tys. Żydów pochodzących z przedwojennej Polski, którzy znaleźli się na terenie Niemiec w roku 1945.

    Czyni to razem w roku 1946 liczbę na pewno nie mniejszą niż 1 mln. 240 tys. ludzi pochodzących z Polski.

    Nie ujmujemy w tym obliczeniu około 370 tys. Ukraińców i Litwinów pochodzących z terenu II Rzeczypospolitej, którzy uważali się za odrębną od polskiej narodowość, choć posługiwali się często językiem polskim, a wielu z nich w latach późniejszych wracało do identyfikacji z polskością z wielu względów, o których powiemy dalej.

    Nie ujmujemy tu też bliżej nieokreślonej liczby osób pochodzących ze Śląska i Prus Wschodnich, gdyż ich samoidentyfikacja narodowa była wówczas wysoce niejasna i wpływało na to wiele czynników.

    Ujmujemy tu tylko te osoby, które przy różnego typu spisach somowolnie i zdecydowanie określały się jako Polacy.

    W latach 1945-49 w grupie tej zachodziły zasadnicze i duże zmiany ilościowe. Szacuje się dziś na podstawie różnych źródeł (np. danych UNRY) że na dalszą emigrację, głównie do Anglii i USA. wyjechało 350 tys. Do Polski powróciło nie mniej niż 290 tys. osób (ale też rodem z propagandy PRL-owskiej są szacunki wyższe).

    Dodając do tego emigrację dalszą w innych kierunkach (Brazylia, Australia itd.), która wynosiła około 140 tys. osób - należy przyjąć, że w momencie powstania RFN na jej terenie pozostawało 465 tys. osób z grupy określonej wyżej jako 1 mln. 245 tys.

    Specjalnie przestaliśmy teraz określać tę grupę jako Polaków! W zachodzących procesach uaktywniały się różne zjawiska wynikające z powojennego stanu świata. Wielu Polaków np. korzystało z możliwości przyjęcia (pomimo stałego zamieszkania na terenie RFN) obywatelstw innych państw (głównie Wielkiej Brytanii i USA) i zaczęli się jakby „gubić” oficjalnej statystyce.

    Poza sygnalizowanymi wyżej procesami migracyjnymi około roku 1949 występuje zasadnicza trudność w posługiwaniu się danymi dotyczącymi liczebności tej grupy. Przestają bowiem istnieć dotychczasowe źródła informacji. Np. Amerykanie, Francuzi i Anglicy zasadniczo zmieniają kryteria spisowe. Znika z nich słowo „ Polak” w odniesieniu do ogromnej grupy ludzi kiedyś tak określanych. Teraz, po ostatecznym uznaniu komunistycznych władz w Warszawie i cofnięciu uznania władzom polskim w Londynie, za Polaków zaczęto uważać jedynie tych, którzy posiadali ważny polski paszport, lub w sposób formalny domagali się jego otrzymania. Innych określano według typu dokumentu osobistego - a więc jako Niemca polskiego pochodzenia, lub bezpaństwowca z prawem pobytu na terenie RFN (paszporty „nansenowskie” z wpisem Stadtenlos)

    Tu warto wspomnieć o tym, co ujawniają powoli i polskie źródła, że od samego początku alianci zachodni mieli wysoce ambiwalentny stosunek do pojęcia „Polak” w okupowanych Niemczech. Zorientowawszy się szybko, że jest to liczba znaczna (wówczas największa grupa obcokrajowców), zrozumiano że uznanie tej grupy za polską (de iure i de facto) tworzy dodatkowy, bardzo trudny problem polityczny.

    Poza komplikacjami typu statystycznego okres ten charakteryzuje szybka zmiana składu pokoleniowego grupy! Przedstawiciele przedwojennych mieszkańców Niemiec zaczynają licznie odchodzić. Byli to przecież ludzie, którzy uniknęli poboru (nawet do Volkssturmu) z racji bardzo podeszłego wieku. Na czoło zaczęła wysuwać się grupa „dipisów” czyli tych Polaków, którzy byli albo zdemobilizowanymi żołnierzami alianckimi, albo pozostałymi z wywózek do pracy niewolniczej w czasie wojny, albo też wracali z obozów jenieckich dla żołnierzy armii niemieckiej, do której zostali wcześniej wcieleni. Było to z natury rzeczy pokolenie grubo młodsze, prężniejsze.

    W okresie powojennym Polakom w Niemczech rodzi się stosunkowo dużo dzieci. Są to jednak bardzo często dzieci z małżeństw mieszanych (nie tylko polsko-niemieckich) i niebawem ludzie ci staną się kolejnym problemem dla statystyka.

    Procesom wyżej wskazanym towarzyszyło już od roku 1950 w niewielkim wymiarze, a od roku 1956 w wymiarze wręcz masowym, zjawisko napływu do RFN mas ludzi korzystających z prawa łączenia rodzin, oraz prawa o tak zwanym „późnym przesiedleniu” w związku z ustawą o Vertriebene, czyli tak zwanych „wypędzonych”.

    Jak pisze Süddeutsche Zeitung z 13.09.1996. w latach 1950-95 z terenu Polski przybyło na tej zasadzie 1 mln. 400 tys. ludzi!!

    Teraz biorąc pod uwagę niemiecki wskaźnik śmiertelności i przyrostu naturalnego w latach 1956-90 (w grupie polskiej nie różni się on od ogólnoniemieckiego) i korygując obliczenia o Polaków przybyłych na teren Niemiec z obcymi paszportami, możemy obliczyć, że w roku 1994 (ostatnie obliczenie kierowanego przeze mnie zespołu) na terenie RFN (tak zwane Stare Landy) przebywało z pobytem stałym 1 mln. 450 tys. osób mogących wchodzić w skład grupy polskiej w rozumieniu Traktatu z 17.06.1991. - grupy, którą dalej będziemy jako całość nazywać Polonią niemiecką.

    Określmy teraz kryteria, które stosowaliśmy w naszych obliczeniach, dla przyporządkowania osób do „grupy polskiej”.

    Cytowane już w tym rozdziale traktatowe określenie jest bardzo szerokie. W zasadzie można by się skutecznie upierać, że każdy kto chociażby otarł się o polską kulturę, obyczaj, czy język może się o takie przyporządkowanie upomnieć i zeń skorzystać. Jednak taką kwalifikację uznaliśmy za przesadną i staraliśmy się ją zracjonalizować.

    Do „grupy polskiej” zakwalifikowaliśmy osoby:

  • ● posiadające obywatelstwo polskie i stałe prawo pobytu w RFN,
  • ● posługujące się językiem polskim na co dzień, jako językiem najlepiej znanym,
  • ● chcące korzystać z tego języka w modlitwie i innych praktykach religijnych,
  • ● pragnące zachować znajomość języka polskiego, możność porozumiewania się w nim i korzystania za jego pośrednictwem z polskiej prasy, wydawnictw, telewizji, radia,
  • ● pragnące (nawet utraciwszy biegłość w posługiwaniu się polskim) by jego potomkowie kontakt z tym językiem zachowali i mogli go rozwijać,
  • ● chcące kultywować polski obyczaj w życiu prywatnym,
  • ● chcące mieć częsty kontakt z polską kulturą, jako kulturą im bliską, choćby rozumianą jako „kultura druga”,
  • ● chcące zachować skuteczność zawodową w Polsce lub w kontaktach z nią,
  • ● wykształcone w Polsce (minimum wykształcenie średnie),
  • ● przebywający stale w Polsce w przeszłości ponad granicę 20-ego roku życia,
  • ● posiadające w Polsce mienie znaczniejsze i chcące zeń osobiście korzystać stale,
  • ● chcące w przyszłości do Polski na stałe powrócić,
  • ● urodzone poza Polską, ale chcące poznawać polską kulturę, obyczaj, chcące Polskę odwiedzać, jako kraj pochodzenia przodków i tak ją pojmujące
  • Wydzielenie takich kryteriów częściowo komplikuje prawne rozumienie obowiązujących w RFN zasad! Nasze kryteria obejmują przecież także znaczną większość osób, które przyjęły obywatelstwo niemieckie na podstawie ustawy o Vertriebene. Natomiast w rozumieniu niemieckim - kto własnowolnie posiada niemieckie obywatelstwo, ten równie własnowolnie jest Niemcem gdyż nigdy „nieniemcem” nie był!
  • Jednak samo podpisanie Traktatu z 17.06.1991 z Polską w takiej postaci w jakiej to miało miejsce, te klasyczne, niemieckie kryteria komplikuje. Uznając to, jako przejaw rozwoju praktyki prawnej w RFN podjęliśmy więc jedynie trud praktycznego dookreślenia.

    Spróbujmy teraz z owej całości polonijnej wydzielić grupy, które dadzą się określać za pomocą funkcjonujących kryteriów.

  • Tradycjonaliści historyczni - Jest to grupa osób wywodzących się w przeważającej swej części z rodzin przybyłych do Niemiec w okresie od końca XIX w. po lata trzydzieste wieku XX. Należą do niej również częściowo byli dipisi, oraz stosunkowo nieliczna część osób przybyłych na teren Niemiec już wieku ponad 50 lat w związku z prawem o „późnym przesiedleniu”. Srednia wieku w tej grupie - 63 lata (wszystkie dane określano w roku 1994). Stanowi ona około 9% Polonii. Przejawia tendencję malejącą, ale w stopniu mniejszym niż naturalna w niej śmiertelność, gdyż obserwować można również pozyskiwanie nowych ludzi. Grupa o istotnym znaczeniu, gdyż niemal w całości skupiona w dwóch najstarszych organizacjach polonijnych, a to w ZPwN i ZP”Zgoda”. Składa się w przeważającej części z osób o wykształceniu średnim zawodowym (ca. 54% grupy), z byłych lub jeszcze niekiedy czynnych właścicieli drobnych przedsiębiorstw i warsztatów (ca.12% ), byłych pracowników niższego szczebla administracji (ca. 9%), osób z wyższym wykształceniem (ca. 3%), byłych pracowników fizycznych nisko wykwalifikowanych (ca. 26%). Zasadnicze cechy tej grupy to przywiązanie do tradycji patriotycznej w formach historycznych z mało widocznym nastawieniem politycznym. Posiada silnie zrutynizowane formy aktywności. W stosunku do władz niemieckich w pełni spolegliwa. Wypracowała stosunkowo precyzyjne formy organizacyjne, głównie przejęte po przodkach. Grupa skupiona głównie w rejonie NRW.
  • Tradycjonaliści patriotyczni - Grupa składająca się zasadniczo z byłych dypisów, a także byłych żołnierzy różnych formacji alianckich w okresie II wojny światowej. Stanowi około 4% Poloni z tendencją wyraźnie i szybko malejącą. Sredni wiek 71 lat. Grupa ta miała wielkie znaczenie dla obecnego stanu Polonii w Niemczech. Przez wiele lat stanowiła podstawowy układ odniesienia jeśli chodzi o postawę polityczną i moralną wobec Polski. Zawsze miała silne nastawienie polityczne, antykomunistyczne i zdecydowanie przeciwstawiała się do roku 1989 jakimkolwiek kontaktom z przedstawicielstwami władz PRL. Skupiona była głównie w bardzo aktywnych organizacjach jak ZPU, partie polityczne związane z ośrodkiem londyńskim, a głównie w Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów i innych organizacjach żołnierskich. W latach 1965-85 stanowiła trzon aktywnych działaczy polonijnych. Grupa stosunkowo równomiernie rozmieszczona na terenie Niemiec. W okresie swego największego znaczenia posiadała ca.64% członków z wykształceniem wyższym, ca.26% z wykształceniem średnim. Jej kolejne pokolenia (potomstwo) plasuje się obecnie w grupach polonijnych innego typu.
  • Inteligencja polonijna aktywna - Stanowi około 7% Polonii. Pochodzi w niewielkim stopniu ze „starej emigracji”. Jest różnego pochodzenia. W zasadniczej swej części wywodzi się z emigracji z lat 1960-75, określanej zwykle jako „uchodźcy polityczni”, emigracji lat 1968-69, a także (choć w mniejszym stopniu) z późniejszej emigracji „solidarnościowej” i spośród wysoko wykształconej grupy „późnych przesiedleńców”. Średni wiek 46 lat. Jej organizacyjne skupienie jest trudne do określenia. Plasuje się właściwie we wszystkich organizacjach powstałych po roku 1970 i zajmuje w nich czołowe pozycje. Główne cechy, to duża aktywność polityczna i gospodarcza, a co najważniejsze - aktywne próby poszukiwania nowych form działania i form organizacyjnych bardziej odpowiadających nowej sytuacji Polonii. Silnie rozsiana po całym terenie Niemiec.
  • Inteligencja polonijna pasywna - Stanowi około 6% Polonii. Posiada podobny rodowód, skład i wiek co grupa poprzednia. Nie uczestniczy w życiu polonijnym aktywnie. Jest natomiast głównym odbiorcą proponowanego programu kulturalnego polskiego; koncerty, wystawy, występy artystyczne. Silnie rozsiana po całym terenie RFN. Cechą istotną jest dystans do wszelkich form działania organizacyjnego proponowanego przez historyczne organizacje polonijne. Niewielka część tej grupy aktywna jest w organizacjach polsko-niemieckich. Jest grupą silnie osadzoną w środowisku niemieckim i zwykle często odwiedzającą kraj pochodzenia.
  • Środowisko Polskiej Misji Katolickiej - Przy wydzielaniu tej grupy nie chodzi o określenie tych osób, które korzystają z posługi religijnej Misji, ale o osoby uczestniczące w programach pozaliturgicznych skupionych wokół Parafii Polskich, programach zawierających niemal wszystkie formy społecznej aktywności od czytelnictwa (biblioteki), poprzez kursy językowe, szkółki, po twórczość artystyczną i turystykę. W środowisku tym odnajdujemy przedstawicieli wszystkich innych wymienionych grup. Powstaje ono na określonym gruncie wyznaniowym i obyczajowym. W jej pracy organizacyjnej udział bierze około 6% całości Polonii. Cechą podstawową grupy jest skupienie na działalności religijnej i kulturalnej w formach tradycyjnych, stosunkowo mała aktywność wobec innych form organizacyjnych Polonii i niemal całkowita pasywność polityczna wobec niemieckiego otoczenia.
  • Mimo wszystko - nieco paradoksalnie - grupa ta ma wielkie znaczenie polityczne! Stanowi bowiem jedyny polski monolit w Niemczech. Monolit o wyraźnie rozpoznawalnym charakterze, stanowiący jasną formację i stały stosunek do otaczającej rzeczywistości; niemieckiej, polonijnej i polskiej (polskie służby dyplomatyczne w RFN).
  • Jest to dziś wynikiem dwóch zasadniczych elementów; - ;poważnego i profesjonalnego sposobu działania całości struktury Misji w stosunku do partnera niemieckiego i polonijnego, a więc i działań bliskich jej organizmów społecznych w układzie hierarchicznym (środowisko to jest rzeczywiście związane ze swymi proboszczami).

    Rzecz ciekawa, wymagająca osobnego studium.

  • Przesiedleńcy - czyli osoby, które przyjechawszy z Polski zażądały przywrócenia obywatelstwa niemieckiego, jako Niemcy etniczni. Grupa ta w całości (gdyby jedynie to kryterium brać pod uwagę) stanowi około 64% Polonii. Jednak postanowiliśmy liczyć ją inaczej, odrzucając to kryterium jako rozstrzygające, gdyż wielka jej część silniej i bardziej praktycznie umiejscawia się w innych wydzielanych tu grupach. W tej grupie pozostawiliśmy jedynie tych, którzy tego typu identyfikację uznają za podstawową dla siebie i w praktyce do tego się stosują. Tak więc grupa ta stanowi 34% Polonii. Jej poziom wykształcenia jest bardzo zróżnicowany . Z racji przyrostu naturalnego ma tendencję zwyżkową. Ludzie ci nie identyfikują się w całości z polskością. Zasadniczymi cechami tej grupy jest wybiórcze, ale wyraźne zainteresowanie elementami polskimi. Ważne przy tym, że zestaw tych elementów jest stosunkowo stały. Do najważniejszych należą; powiązania rodzinne i koleżeńskie z Polską, korzystanie z posług religijnych w języku polskim, dość aktywne zainteresowanie polską podażą kulturalną. Niewielu przedstawicieli tej grupy uczestniczy w działalności społecznej zorganizowanej. Jeśli już, to w organizacjach skupiających ludzi pochodzących z tego samego terenu w Polsce (nie mylić z Ziomkostwami), w organizacjach polsko-niemieckich i przyparafialnych. Politycznie jest to grupa o tyle ważna, że z racji swej liczebności stanowi częsty przedmiot gry.
  • Przystosowani - to kolejną z grup polonijnych. Jest bardzo liczna, bo obejmuje około 56% całości populacji polonijnej w RFN. Podgrupa ta częściowo nakłada się na poprzednią (Przesiedleńcy), ale z wielu istotnych względów, które wskażemy później, tworzymy z niej osobną grupę. Składa się z wykonawców pracy najemnej, którzy przybyli do Niemiec bez konkretnego wykształcenia zawodowego, bądź z wykształceniem za niskim, albo zmuszeni byli do zmiany wykształcenia i zatrzymania go na poziomie przyuczenia. Wykonywany przez tych ludzi zawód, często dobrze płatny, nie jest realizacją ich aspiracji pozaekonomicznych. Stąd termin „przystosowani.” Zasadniczą cechą tej grupy jest istotne związanie z kulturą polską, gdyż w większości ludzie ci z wielu względów z kulturą niemiecką kontaktu nie mają. Jej przedstawiciele przejawiają niewielką aktywność społeczną i do organizacji polonijnych zwykle nie należą, ale masowo korzystają z ich podaży - jak zabawy taneczne, koncerty grup młodzieżowych, kabarety satyryczne, rzadziej z prezentacji kultury wysokiej. Przeważa w niej nastawienie konsumpcyjne. Sredni wiek tej grupy szacujemy na 31 lat. Jest silnie rozproszona po całym terytorium RFN.
  • Należałoby jeszcze zwrócić uwagę na podgrupę młodzieży poniżej 25 lat, a związanej z polskością. Jest to grupa około 35 tys. ludzi. Nie posiadamy jednak na jej temat żadnych bliższych danych.
  • Jak widać, proponowany przez nas schemat roboczego podziału Polonii jest dość nietypowy. To prawda! Chcąc jednak dalej opisywać formy jej aktywności, musieliśmy dokonać takiego podziału, który ułatwia dotarcie do przyczyn takiego a nie innego kształtu. Jest to podział dokonany po poznaniu powstających pomiędzy poszczególnymi środowiskami granic, podziałów, konfliktów. Jest to więc podział techniczny. Dalej zobaczymy, na ile jest on metodologicznie właściwy.

     

    Państwo RFN a Polonia. (fragment)

    Stosunki pomiędzy ludnością napływową a państwem jej osiedlenia są zagadnieniem nadzwyczaj złożonym. Nawet przy uczciwym i solidniejszym spojrzeniu na te sprawy obserwator zazwyczaj rozpoczyna od analizy obowiązującego w tym względzie w danym kraju prawa i porównaniu go z stosowaną praktyką. Ze względu na skromny zwykle aparat badawczy, lub ograniczony czas przeznaczony na badanie, często na tym porównaniu poprzestaje. Tymczasem istotę tych stosunków określa szereg zgoła innych jeszcze elementów. Do najważniejszych, a dostrzegalnych tylko przy dłuższej i systematycznej obserwacji, należą;

 praktyka urzędnicza w wykonywaniu obowiązującego prawa (ta z kolei wynika nie tylko z mentalnych właściwości środowiska urzędniczego, ale z nadzwyczaj trudno dostępnych dla badacza wewnętrznych zaleceń wykonawczych do ogólnie znanych przepisów),

 atmosfera rodzimego środowiska obywatelskiego wokół treści i form realizacji omawianych praw i przepisów,

 zróżnicowany stosunek rodzimego środowiska obywatelskiego do poszczególnych grup napływowych (i to nie tylko różnicowanych pod względem narodowości, ale także statusu społecznego, stopnia zamożności, tradycji historycznej itp.).

 

Mimo istniejących z grubsza międzynarodowych standardów w sprawach obcokrajowców i szeregu konwencji i umów bilateralnych i międzynarodowych w tej sprawie w praktyce poszczególnych państw przeważa jednak narodowa specyfika rozumienia problemu, a więc jest to zagadnienie trudno porównywalne i dające się sprowadzić do wspólnego mianownika jedynie powierzchownie. Wystarczy porównać status przybysza z np. Estonii w USA i Francji, przy czym te dwa kraje nie stanowią jakiejś szczególnej antypody.

Niemcy po II Wojnie Światowej stanowią tu teren wyjątkowo złożony i interesujący. By wyjątkowość tę zrozumieć trzeba zdać sobie sprawę z następujących elementów ją konstytuujących w momencie, gdy państwo to formułowało swój stosunek do zagadnienia obcokrajowców na swym terenie (1949-52):

 Status i charakter państwa RFN,

 stan gospodarczy państwa (wraz z zasadniczo zmiennymi później faktorami),

 zróżnicowaną tradycję poszczególnych części kraju dotyczącą problemu obcokrajowców i napływowej siły roboczej,

 stosunek historycznej koncepcji państwa niemieckiego do nowych częściowo, kształtujących się wyobrażeń w tej sprawie (i to w dwóch płaszczyznach - elit politycznych i społeczeństwa),

 historyczną specyfikę form rozwiązywania problemów politycznych i społecznych w skali państwa.

Dlaczego tak dużą wagę przywiązujemy tutaj do procesów, które miały miejsce w początku lat pięćdziesiątych?

Niemcy stosunkowo długo przygotowują zasadnicze koncepcje swego działania w sprawach istotnych dla państwa. Decyzje są starannie przygotowywane, analizowane wszechstronnie, ale gdy już zapadną - obowiązują zazwyczaj przez lata, wpływając wydatnie na poczucie stabilności sytuacji społecznych i politycznych. Toteż wypracowana w początku istnienia RFN zasadnicza koncepcja stosunków wobec ludności napływowej trwa niemal bez zmian (zaledwie z drobnymi retuszami) do dnia dzisiejszego. Była na tyle spójna myślowo, tak dobrze osadzona w tradycji historycznej i mentalności środowiska niemieckiego (z wzięciem pod uwagę przemian w wyniku II Wojny Swiatowej), że z niemieckiego punktu widzenia dała się realizować z sukcesem aż do drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Dopiero procesy społeczne powstałe w wyniku przyłączenia do RFN byłej NRD, wobec istnienia na terenie zjednoczonego państwa ponad ośmiu milionów obcokrajowców, pokazały, że klasyczne rozwiązanie wymaga ponownych przemyśleń i ewentualnych modyfikacji. Proces jednak postępuje powoli i póki co nie można dostrzec zasadniczych zmian.

Zacznijmy jednak od początku.

Powstanie RFN w roku 1949 było wynikiem decyzji politycznej, powziętej przez trzy okupujące kraj mocarstwa; Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję. Wychodziło to oczywiście w jakiś sposób na przeciw oczekiwaniom strony niemieckiej. Oczekiwania te jednak (przed ukształtowaniem się koncepcji amerykańskiej co do przyszłości Niemiec) nie były nawet zbyt jasno artykułowane. Ograniczały się do spokojnej pracy stosunkowo nielicznych i osłabionych elit intelektualnych i politycznych zrujnowanego społeczeństwa w zrujnowanym kraju i nie przekładały się na nastroje czy odczuwalne nadzieje większości społeczeństwa niemieckiego. Nawet duża część historiografii niemieckiej przyznaje, że decyzja o reaktywowaniu państwa niemieckiego była w stosunku do narodu decyzją zewnętrzną, mądrze i odpowiedzialnie przyjętą i zrealizowaną przez Konrada Adenauera i jego otoczenie polityczne, które w sposób wręcz doskonały wykorzystało sytuację. Wiemy wszakże, że suwerenność Republiki była w znacznym stopniu niepełna. Amerykanie (rola Anglii i Francji w tych procesach była znacznie mniejsza) postawili niemieckim elitom szereg warunków „nie do odrzucenia”. Jednym z nich było, że RFN ma obowiązek przyjmowania na swe terytorium wszystkich osób ubiegających się o azyl polityczny, a także wszystkich tych ludzi, którzy będą chcieli na tym terytorium oczekiwać na tak zwaną „emigrację zamorską”. Ta, trudno dziś dostępna w postaci dokumentów czy źródeł*, „umowa” obłożona była oczywiście szeregiem osładzających jej drastyczność sformułowań słownych, ale wydaje się, że jedynie „słownych”.

Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że postanowiono wówczas także, że wszyscy obcokrajowcy przebywający wówczas na terenie Niemiec Zachodnich automatycznie niemal uzyskują prawo pozostania na czas nieograniczony i uzyskują wszystkie (poza politycznymi) prawa obywatelskie - obraz staje się pełny. A dotyczyło to grupy około półtora miliona ludzi samego żywiołu polskiego!

Dodatkowo w służbie amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej znajdowało się następne kilkaset tysięcy obcokrajowców (nie licząc wojsk okupacyjnych).

Władze niemieckie szybko zdały sobie sprawę z wagi i rozmiarów problemu. Już w 1951 roku powołano międzyresortową (międzyministerialną) komisję do spraw obcokrajowców, która wypracowała zręby polityki państwa wobec ludności nieniemieckiej. W Bundesarchiv w Koblencji można zapoznać się z niezmiernie interesującym sprawozdaniem z jej prac sporządzonym dla urzędu kanclerskiego przez LR dr-a Kossmanna. Nim jednak zajmiemy się analizą tego dokumentu i jego aktualnością przyjrzyjmy się dwóm charakterystycznym dla sytuacji w owym czasie obrazkom. Pomogą nam one zrozumieć całość problemu tak, jak wyglądał on wówczas od strony realiów społecznych. Ich autor, Wacław K. trafił do niewoli niemieckiej z Powstania Warszawskiego. Po wyzwoleniu wstąpił do cywilnej służby amerykańskiej i pozostał w RFN do śmierci w 1983 roku.

 

Wśród Polaków w ogóle nie czuje się tu już żadnej agresji. My chyba zachowujemy się jak zawsze, to znaczy przedtem i teraz. Szaleją czasem Amerykanie. Wczoraj widziałem jak dwóch trochę na gazie chłopaków z przeczesówki, (termin, którego nie mogłem wyjaśnić - przyp. M.I.) weszło wieczorem do restauracji przy Goethe (ta część pamiętnika dotyczy pobytu autora w Mannheim w roku 1951 - przyp. M.I.) i wypędziło jedzących tam kolację Niemców na ulicę. Każdy wbił swój bagnet w stół i Niemcy z talerzami w rękach spieprzali na ulicę. Wygonili ich, bo chcieli się „napić piwa w spokoju”. Zostawili tylko jakiegoś Ukraińca, który krzyczał do nich po ukraińsku i mnie, ale gdy się okazało, że facet nie mówi po angielsku ale po niemiecku umie dali mu kilka kopniaków w kuper i zamknęli w klozetce. Właściciel przyniósł im piwo z takim uśmiechem, jakby zobaczył swoich braci wracających spod Stalingradu. Nie podoba mi się to, bo przecież jakoś smutno gdy starych ludzi przepędzają szczeniaki z Teksasu przy jedzeniu. Pomyślałem sobie, że może się starzeję, bo chłopaki były sporo ode mnie młodsze. Zandarmeria nie zwraca uwagi na takie głupstwa, a tym bardziej że wczoraj była niedziela i patrole chodzą rzadziej. Ale czy to moja sprawa?

 

Drugi fragment pamiętnika dotyczy roku 1952 w Monachium, gdzie jego autor został przeniesiony. Mimo pewnych drastyczności przytoczę go.

 

Mało co zostało. Same gruzy prawie. Może robi to na mnie takie wrażenie bo po raz pierwszy mieszkam nie w koszarach tylko na prywatce u jednej starej Austriaczki w domu który się ostał. Bieda jest większa niż była w Warszawie. Chłopaki (określenie dotyczy żołnierzy amerykańskich - przyp. M.I.) jak chcą pogruchać to chodzą pod Reginę (nazwa budynku, w którym był sklep dla Amerykanów - przyp. M.I.) i za to że dadzą kartę żeby kobiety mogły zrobić zakupy gruchają i matkę i córkę po koleji (pisownia i interpunkcja oryginału - przyp. M.I.) a i dwie córki, jeśli jest druga. Męża nawet nie trzeba wyganiać. Sam idzie na spacer jak zobaczy co przyniosły w rukzaku i kto z nimi przyszedł na kwaterę.

 

Dziś często zapominamy o tym jakie to były czasy i w jakim otoczeniu kształtowało się i państwo RFN i obowiązujące w nim do dziś niektóre zasady postępowania i prawa. Studiując tamte dokumenty i wspomnienia, nas Polaków może dziś dziwić nasze w nich miejsce i tenor na nasz temat. Kontrast bywa czasami zaskakujący. Prawdą łatwą do potwierdzenia w źródłach jest, że udział Polaków w ekscesach (burdach i bandytyzmie) antyniemieckich (przeciwko Niemcom) w latach 1949-53 jest znikomy w porównaniu z innymi nacjami (nawet wykluczając zachowania żołnierzy armi okupacyjnych poza koszarami). Natomiast chociażby przytaczany dokument (patrz aneks) udowadnia szczególne uczulenie i społeczeństwa niemieckiego i jego elit politycznych na problem Polaków w Niemczech. Zajmiemy się tym dalej, bo prawdą też jest, że w formach bardziej cywilizowanych, ale jednak, stosunek Polaków do Niemców i ich nowego państwa był szczególnie trudny do przyjęcia - zarówno przez państwo jak i społeczeństwo niemieckie.

Jest rzeczą oczywistą, że mimo wielkiego szoku, jaki stanowił i przebieg i zakończenie II Wojny Światowej dla społeczeństwa niemieckiego, Niemcy nie mogli „tak od razu” stać się kimś innym w sferze rozumienia siebie jako narodu i stosunku tego narodu do obcokrajowców. Wobec niewyobrażalnej dziś hekatomby (pamiętajmy, że pojęcie to dotyczy również Niemców) próbowali oni (co jest oczywiste) odnajdywać się w swej własnej tradycji (inną zaprogramowali im dopiero później Amerykanie). A tradycją tą jest - jak przypomina często i uparcie, wielu autorów - pojęcie i poczucie państwa jednonarodowego. To jest klucz do rozumienia tego skomplikowanego problemu tamtych lat!

Poświęćmy temu zagadnieniu chwilę uwagi.

Do reformy Bismarka pojęcie „naród niemiecki” ma zmienne konotacje i trudno przy obiektywnej ocenie traktować je w kategoriach dziś pojmowanych. Identyfikacja z tym pojęciem kształtowała się wobec nacisku zewnętrznego po kolejnych wywołanych awanturach (czytaj - wojnach) przez Prusy (Niemcy?), Habsburgów, Witelsbychów, i inne rody związane z tą tradycją (Niemcy?) itp. fatalnie zakończonych dla prowokatorów. Nie zapominajmy, że w całych dziejach Rzeszy (Niemiec?) rozumianej jako teren germański Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego tylko jedna wojna (Francusko-Pruska) zakończyła się zwycięstwem „germańskim”. Wszystkie inne przyniosły klęskę! Polski „kompleks Niemiec” pozwala czasem o tym zapominać. Lepiej więc byłoby mówić o agresywno-zwycięskich działaniach germańskich, choć i to określenie należałoby opatrzyć szeregiem zastrzeżeń. Ambicja tej pracy jest dużo poniżej tak wnikliwych analiz historycznych, toteż poprzestaniemy na stwierdzeniu dość oczywistych faktów podanych powyżej. Dla nas ważnym jest stwierdzenie, że zarówno państwo jak i naród niemiecki, który wyłonił się w roku 1949 z kataklizmu II Wojny Światowej kształtował się (pod przemożną kuratelą amerykańską) na podstawie pojęć i tradycji Prus, hitleryzmu, oraz abstrakcyjnych pojęć w tym zakresie (jeśli chodzi o populację, która przetrwała) i pojmowania tego pojęcia w kategoriach abstrakcyjno-europejskich przez elity intelektualno-polityczne z Adenauerem na czele.

Oczywiście byłoby bzdurą twierdzić, że elity te wolne były całkowicie od tradycji prusko-weimarsko-germańskiej. Gdyby takie były (wiedział już o tych zależnościach Stanisław Brzozowski w kategoriach zasadniczych pojęcia narodu) - nie mogłyby pokierować rozwojem społeczeństwa mieszkającego na terenie „europejskiej” RFN! Miały one jednak wystarczający dystans do tej tradycji (dzięki hekatombie), by myśleć wspólnie z Amerykanami o Niemcach i ich państwie.

Okupacja aliancka w Niemczech, o czym z rzadka tylko wie się w Polsce, była okupacją dla Niemców równie dotkliwą, jak okupacja sowiecka między Bugiem a Odrą! Miała jedynie inne formy - i jakbyśmy to dziś powiedzieli - inny przebieg, mimo niemal bliźniaczych celów. Amerykanizacja Niemiec Zachodnich nie polegała jednak na gołym terrorze agentury obcego mocarstwa, a na supremacji wartości nieznanych (lub zapomnianych) w społeczeństwie okupowanym. Dlatego właśnie pozwoliła Niemcom na „wymyślenie” nowoczesnego państwa niemieckiego i mimo całej amerykanizacji życia nie zlikwidowała autentyczności tej konstrukcji! Czy dla Polaków w RFN dobrze to czy źle? Pytanie retoryczne, a odpowiedź, jak zawsze (znów za Brzozowskim); - lepiej prawdziwie niż wygodnie.

Słowem! Niemcy Zachodnie (RFN) w latach 1949/55 wypracowały w tej wyżej wspomnianej, trudnej dla siebie sytuacji, konkretny i spójny stosunek państwa RFN do przebywających na jego terenie z tych czy innych powodów obcokrajowców.

Jeżeli uznać twór aliancki (RFN) za państwo suwerenne, a dziś przeczyć temu nie ma przecież powodu, to wynikają z tego (w problemie Polacy a Niemczech) co najmniej dwa ustalenia, że;

 suwerenne państwo ma prawo określać stosunki grupowe na swym terytorium zgodnie z własnym pojęciem interesu tego państwa, a więc i jego społeczeństwa,

 wszyscy ludzie (nie tylko obywatele) mieszkający na terenie tego państwa są obowiązani do stosowania się do obowiązującego na tym terytorium prawa i obyczaju, o ile nie są one sprzeczne z postanowieniami traktatów zawartych z krajem pochodzenie ludności napływowej.

Te nieco przesadnie jurystyczne sformułowania są dla nas ważne, gdyż RFN jest państwem, na terytorium którego zamieszkuje dziś ponad 60 nacji (narodów), z których ojczyznami istnieją (różne merytorycznie) ustalenia o prawach pochodzących z nich ludzi.

Wypracowana w końcu XIX w. przez „żelaznego kanclerza” doktryna germanizacji ludności zamieszkałej na terenie państwa bez względu na jej pochodzenie etniczne, wynaturzona do granic zbrodni przeciw ludzkości przez narodowy socjalizm pozostała aktualna po II Wojnie Światowej w formie niezwykle złagodzonej, bo zredukowanej do (nawet nie formułowanego wprost) pojęcia państwa jednonarodowego. Pojęcie to i oczywiście dążenie w tym kierunku, tkwiło do tego stopnia głęboko w świadomości niemieckiej, że znalazło swe odbicie nie tylko w duchu sformułowań Ustawy Zasadniczej, ale zdołało się obronić kilkudziesięcioletnim działaniom amerykańskim. W tej sprawie „amerykanizacja” poniosła całkowitą klęskę. Przyczyny nieskuteczności ciśnienia amerykańskiego w tej kwestii mogłyby być interesującym studium! Być może wynikały z jednak niepełnego zrozumienia europejskiej historii, a może z zbytniej wiary w wszechogarniający wpływ stylu życia codziennego na mentalności narodowe starego kontynentu. Nie miejsce tu na głębszą analizę tego problemu - dość stwierdzić, że już prace wspomnianej wyżej komisji międzyministerialnej w latach 1951-52 ujawniają jasne dążenie Niemiec do budowania państwa etnicznie jednorodnego. Sformułowania przywołanego dokumentu autorstwa dr-a Kossmanna są spolegliwe, ale dla kogoś, kto zna stylistykę oficjalnego języka tamtych czasów aż nazbyt jasne. Interpretację tę potwierdza przede wszystkim obserwacja późniejszej praktyki.

Reasumując można stwierdzić, że zawarte w tekście sformułowanie dążenia do „integracji” środowisk napływowych z szeroko pojętym państwem i społeczeństwem niemieckim jest jego podstawową treścią. W praktyce lat późniejszych Polonia niemiecka odczuwała to nawet jako próbę nie tylko integracji, ale wręcz asymilacji w niemieckie otoczenie i tak właśnie omawiane działania rozumiemy.

W tym miejscu za konieczne uważam silne zwrócenie uwagi na dwa aspekty wieloletniej realizacji tego celu przez państwo i urzędy RFN! Są nimi:

 podstawowe uprawnienie do tego typu działań

i

 formy realizacji w stosunku do kształtujących się w Europie standardów w sprawie postępowania wobec obcokrajowców i mniejszości narodowych wyartykułowanych powierzchownie w Konwencji Genewskiej z roku 1952.

W pierwszej kwestii; - Środowiska polonijne były i są tutaj silnie podzielone. Jedne, wychodząc z historycznymi uzasadnieniami, silnie przepojonymi emocjami - w całości odmawiają państwu takiego prawa i formułują swe roszczenie kategorycznym „integracja tak, asymilacja nie”. Istotnym jest tutaj fakt, że zwolennicy tej zasady wcale nie rekrutują się wyłącznie ze środowisk starszych. Postawa taka cechuje dużą część dzisiejszych trzydziesto, czterdziestolatków. Więcej na ten temat w rozdziałach omawiających poszczególne środowiska polonijne.

Jednakże większa część Polonii (i to znów we wszystkich kategoriach pokoleniowych) przywiązuje do tej sprawy niewielkie znaczenie, gdyż uważa że działanie państwa w kierunku asymilacji może być skuteczne jedynie przy zgodzie, a przynajmniej suwerennej akceptacji, poszczególnych jednostek, gdyż nacisk taki ze strony państwa wprawdzie istnieje, ale w formach nie ograniczających suwerenność decyzji.

Stanowisko to wydaje się na ogół bardziej racjonalne, a na pewno wolne jest od zaciemniającej interpretację emocjonalności właściwej adwersarzom. Rzecz bowiem sprowadza się tu do form działania państwa w tej kwestii, czyli do oceny drugiego z podanych wyżej aspektów.

Nim przejdziemy do tego kluczowego, moim zdaniem, zagadnienia - istotny margines!

Nawet elity polonijne niechętnie rozważają podstawowe uprawnienie państwa do działań w kierunku asymilacji ludności nieniemieckiej. A jest ono oczywiste z dwóch co najmniej powodów zgoła obiektywnych. Po pierwsze suwerenne państwo ma z natury rzeczy prawo podjęcia takiego działania na swym terenie i rzecz może być rozpatrywana jedynie w kategoriach oceny słuszności tej decyzji w perspektywie rozwoju społecznego i politycznego struktury, zawierającej w swym łonie wiele silnych i ostro odmiennych grup kulturowych o często drastycznie różnej religii, obyczajowości, historii, grup związanych ze sobą wspólnym miejscem zamieszkania i pracy w wyniku często przypadkowych losów ludzkich i grupowych. Oczywistym jest też prawo do takiej oceny ze strony ludności nieniemieckiej, gdyż RFN jest już miejscem jej solidnego zakorzenienia (już pokoleniowego) i stanowi de facto dla nich Ojczyznę nie mniej własną niż dla rdzennego Niemca. Dziś obrona stanowiska, że „RFN jest Ojczyzną wyłącznie Niemców” wydaje się anachronizmem nie tylko wobec perspektywy zjednoczonej Europy, ale przede wszystkim z tego względu, że kryteria pojęcia „Ojczyzny” uległy przez dziesięciolecia w realnym poczuciu ludzkim tak znacznej ewolucji, że w praktyce politycznej winny ulec również nowej refleksji, a tym czasem zdają się one funkcjonować nadal w swej historycznej postaci. To znów temat na osobny szkic.

I kwestia druga!

Przysłowie, że „diabeł kryje się w szczegółach”, a więc nie w koncepcjach, a w ich realizacji, ma w problemie RFN-Polacy w niej zamieszkali - znaczenie podstawowe.

Dopóty RFN realizowała amerykański dyktat o otwartości swego terytorium, realizowała go z podziwu godną konsekwencją i w formach budzących niekłamany szacunek. Nieliczne sytuacje, które zawsze wynaleźć można w historii realizacji tak złożonego programu, nie są w stanie zaprzeczyć powyższej ocenie. Niewątpliwie i z tego względu napływ ludzi z Polski w latach 1955-89 nabrał tak wielkich rozmiarów! Konia z rzędem temu, kto przed rokiem 1989 zastanawiał się nad prawidłowością form postępowania urzędów przyjmujących imigrantów, czy urzędów odpowiedzialnych za integrację przybyszów z nowym otoczeniem socjalnym czy zawodowym! Problem rozpoczyna się dopiero, gdy zapytamy o pomoc państwa i jego instytucji w powstawaniu i utrzymaniu działalności pozwalającej przybyszom z Polski utrzymywać i kultywować własny obyczaj, kulturę i narodową tożsamość. W tej sprawie stwierdzić trzeba absolutny w zasadzie brak jakiejkolwiek pomocy, a te jej formy, które z trudem można odnaleźć w latach 1952-89 miały charakter zdecydowanie pozorny i incydentalny. I jest to element rozstrzygający w naszych rozważaniach. Polacy nigdy nie otrzymali znaczącej pomocy koniecznej dla zaistnienia domów środowiskowych z znaczącym programem kulturalnym, prasy polskojęzycznej czy chociażby programu sportowo-rekreacyjnego. W tych sprawach starano się kierować osoby przybyłe z Polski do związków przesiedleńczych, czy innych związków typu Volksbunde czy Frieden und Freiheit itp., których program i atmosfera wewnętrzna nigdy nie mogła sprzyjać zachowaniu narodowej tożsamości, a wręcz przeciwnie.

Przyczyn tego stanu było kilka.

Pierwszą z nich było niewątpliwie aktywnie negatywne stanowisko większości żywiołu polskiego do właściwie wszystkiego co niemieckie w latach 1945-55. Nie tylko pierwsze organizacje polonijne, ale i większość poszczególnych osób wiązało się jak najściślej (było to możliwe) ze strukturami amerykańskimi czy brytyjskimi. Proces ten trwający mniej więcej do roku 1956, gdy to rozpoczął się napływ z Polski osób powołujących się na pochodzenie niemieckie (Spaetaussiedler), spowodował już u początku RFN poczucie silnej antyniemieckości ludzi pochodzenia polskiego. Obiektywnie trzeba powiedzieć, że poczucie takie nie było pozbawione podstaw, choć również nie można też dziwić się takiej postawie Polaków w tych latach. Swoisty dystans (bo już nie jakaś aktywna niechęć) do niemieckości był jeszcze wyraźnie odnajdywalny w starszym pokoleniu emigranckim nawet w początku lat osiemdziesiątych, choć wówczas jednoznaczna postawa zarówno urzędów, a więc i państwa jak i społeczeństwa niemieckiego do przybywających „więźniów stanu wojennego” likwidowała ostatnie relikty tej postawy. W środowisku polonijnym w roku 1985 postawy niechętne niemieckości przybrały już postać jedynie folkloru bez jakiegokolwiek znaczenia.

Wydaje się również, że w latach pięćdziesiątych nie było po stronie niemieckiej możliwe wypracowanie jakiegoś spójnego programu na rzecz przełamania wzajemnego dystansu. Strona polonijna również nie podejmowała takich prób, choć właśnie tu były one - przynajmniej teoretycznie, bardziej możliwe.

Dziwić może jedynie, że strona niemiecka nie podjęła aktywnego działania w latach sześćdziesiątych, gdy nastroje w grupie polskiej zaczęły się wyraźnie zmieniać w związku z masowym przybyciem na teren RFN emigrantów młodszych pokoleń z tak zwanej (nieprecyzyjnie) „emigracji zarobkowej”. Ludzie ci, a także setki tysięcy Spaetaussiedler mieli już zdecydowanie pozytywny stosunek do RFN i współczesnej niemieckości, co było o tyle odruchem naturalnym, że ówczesna RFN jedynie w propagandzie komunistycznej pozostawała spadkobierczynią dawnych, uciążliwych dla Polaków Niemiec. Zasadniczych korzystnych różnic nie potrzeba tu przypominać. Pozytywnie nastawiony do otoczenia (społecznego i politycznego) żywioł polski zaczął wówczas zdecydowanie przeważać nie tylko liczebnie (zdecydowanie już w początku lat siedemdziesiątych), ale i swą aktywnością na polu organizacji polonijnych. Nie podjęciem tematu przez stronę niemiecką można tłumaczyć również skuteczność działań komunistycznych (PRL-owskich) w środowisku Polonii, co miało zasadniczo zaważyć na jej kondycji, aktualnej do dnia dzisiejszego.

Polacy byli jedyną z większych grup narodowych zamieszkujących RFN, która do roku 1996 nie otrzymała znaczniejszych dotacji od strony niemieckiej na swą działalność kulturalną i społeczną. Drastycznym przykładem jest sytuacja poradni psychologicznych dla obcokrajowców w Monachium. W ojczystym języku porady takie mogą otrzymać tu nawet Wietnamczycy, których na terenie Monachium jest nie więcej niż 2 tys., oczywiście Chorwaci, Turcy itp.- ogółem jest takich poradni opłacanych w całości (lokale, specjaliści, maszyny, prąd itp.) przez władze Bawarskie 11! Polacy mogą tego typu porad (a jest to potrzeba w skali społecznej bardzo poważna) oczekiwać jedynie od parafii polskiej, która sama musi ponosić koszty zatrudnienia psychologów i pracowników socjalnych. Wszelkie wnioski w sprawie dofinansowania tej działalności są od lat systematycznie oddalane!

W urzędach niemieckich często zwracano nam uwagę na duże sumy wydawane przez państwo na wszelkiego rodzaju kontakty polsko-niemieckie, na promocję Polski i jej dorobku w RFN. Jednak stosunki polsko-niemieckie przed rokiem 1989 tylko pośrednio i to w stopniu dość ograniczonym miały wpływ na szeroko pojętą kondycję Polonii niemieckiej. Miała ona znaczne potrzeby nie wchodzące w zakres stosunków międzypaństwowych!

Zasadniczemu ożywieniu po stronie niemieckiej temat uległ dopiero po podpisaniu Traktatu Polsko-Niemieckiego w roku 1991, ale ten proces będzie przedmiotem osobnego rozdziału.

Faktor finansowy wykorzystywany był przez państwo w sposób wielostronny (oczywiście od momentu, gdy stało się ono na tyle zamożne). Rzadko kiedy zwraca się uwagę na wpływ rozbudowanej w RFN pomocy socjalnej na rozwój sytuacji wewnątrz grup nieniemieckich. A był on niemal automatycznie przemożny.

Utrzymanie obyczaju własnego, własnego języka i kultury wymaga dwóch elementów. Pierwszy to zorganizowanie grupy etnicznej i jej wspólnota, częste spotkania w ojczystym języku i wspólne działania. Drugim jest kontakt z kulturą rodzimą w postaci koncertów i wszelkiego typu imprez kulturalnych oraz przede wszystkim prasa.

Zgodnie z doktryną asymilacyjną Niemcy nigdy chętnie nie dotowali tych form życia zbiorowego grup mniejszościowych. Zdarzyło mi się kilkakrotnie na różnych szczeblach urzędniczych usłyszeć w tej sprawie szczerą odpowiedź: „Nie będziemy dotować działalności, która nam nie służy”. Natomiast zawsze chętnie sygnalizowano chęć nawet dużych dotacji na inicjatywy mające realizować działalność dwustronną na wyższym poziomie. Na przykład, gdy ubiegaliśmy się o pieniądze na polskie szkółki niedzielne odmawiano, proponując przeznaczenie ewentualnych funduszy na niemieckiego nauczyciela polskiego w niemieckiej szkole państwowej uczącej według niemieckiego programu nauczania. Miast dotacji na gazetę polską proponowano spore fundusze na poruszanie problematyki polskiej w którejś z niemieckich gazet. By jednak z dobrym skutkiem realizować tak pomyślane działania na rzecz polskości w Niemczech konieczne byłyby silne i uporządkowane przedstawicielstwa grupy polskiej w RFN, a choćby w poszczególnych jej krajach związkowych (Landach). Tych jednak z wielu względów nie można było wyłonić.

W ogóle stosunkowo łatwiej było uzyskać pieniądze na działalność dotyczącą spraw polskich ale w strukturach niemieckich niż nawet na tematykę niemiecką (np. niemieckie kostiumy ludowe dla grup tanecznych) w strukturach polonijnych. Rutynowo zwracano uwagę, że fundusze na działalność wewnętrzną grup mniejszościowych powinny pochodzić od nich samych. To z kolei stawało się niemal niemożliwe, gdyż grupy te w momencie zafunkcjonowania szerokiego programu socjalnego w RFN straciły swój podstawowy element wiążący. Była nim przecież zawsze samopomoc. Wcześniej w łonie polskich organizacji istniało szereg silnych i zamożnych funduszy pochodzących ze składek licznych i stałych członków. Wystarczy chociażby zapoznać się z historią (najpierw rozwojem, a potem gwałtownym stopnieniem) tych funduszy. Dopóki Polonia była zdana na własne siły, dopóty była stosunkowo zamożna i zorganizowana. Gdy zabezpieczenie socjalne ze strony państwa stało się wielokrotnie pewniejsze i znacznie wyższe niż były to w stanie zabezpieczać fundusze samopomocowe i organizacyjne, w krótkim czasie przestano na nie płacić i z organizacji narodowych czy nawet zawodowych występować i z nich rezygnować. W rezultacie doprowadziło to do ich zupełnej pauperyzacji i całkowitego uzależnienia od łaski i niełaski państwowego donatora na działalność kulturalną i społeczną.

Z zasadniczych względów nie chcemy tu sugerować, że forma państwa opiekuńczego, którym była przez lata RFN wymierzona była w mniejszości i grupy etniczne! Zwracamy jedynie uwagę na znaczenie tej opiekuńczości w procesach dezindegrujących grupy nieniemieckie.

Oczywiście wspomniany tu faktor finansowy nie był jedynym w procesie kryzysu organizacji polonijnych, ale tym zajmujemy się w innym miejscu.

Dodatkową trudność stanowiła struktura państwa! Federacja wysoce samodzielnych w wielu dziedzinach Republik (Landów), które w sprawach kultury, oświaty i działań wobec mniejszości etnicznych miały i mają niemal pełną autonomię, powodowało szereg nierówności. Na przykład o wiele łatwiej było porozumieć się w sprawach potrzeb środowiska polonijnego w Północnej Westfalii Nadreńskiej czy Berlinie, gdzie żywioł polski był znany od stuleci i stanowił jakby stały element tych społeczeństw, a poza tym istniały historyczne wzorce rozwiązywania tego zagadnienia, niż chociażby w Bawarii, Badenii czy Hesji, gdzie większe i znaczące grupy polskie pojawiły się dopiero w czasach RFN.

Reasumując należy stwierdzić, że stosunek do Polonii zorganizowanej w celu przeciwdziałania możliwie szybkim procesom asymilacyjnym - ze strony państwa RFN był niechętny. I jeżeli dziś zastanawiamy się nad słabością polonijnych organizacji zdać sobie musimy sprawę, że dużą część odpowiedzialności za ten stan ponosi niemiecki gospodarz.

Na koniec pora jasno stwierdzić, że inny był stosunek do tych zagadnień ze strony Kościoła niemieckiego. Toteż formy organizacji przykościelnych uległy mniejszej degradacji i póki co stanowią jedyne stabilnie zorganizowane środowiska. Ale to już inny temat.

 

 

Organizacja - forma anachroniczna. (fragment)

Prawo swobodnego organizowania się w grupy i oficjalnego, publicznego działania w nich, a także ich aktywność w stosunku do zewnętrznego otoczenia jest dziś jednym z podstawowych praw człowieka. Prawu temu przeczą dziś jedynie wygasające już na szczęście systemy totalitarne! Atoli korzystanie z tego prawa przez ludzi, którzy dużą część swego życia (niekiedy ponad połowę) przeżyli w ramach właśnie totalitarnego systemu, nastręczało wielu trudności.

W obserwacjach przez nas dokonanych stwierdziliśmy, np. że większość członków organizacji polonijnych w Niemczech nie zna Statutu swej organizacji i wcale nie odczuwa potrzeby poznania go. Nie było to jedynym kuriozum, na które się natknęliśmy.

Przy głębszym poznaniu - istniejące dziś organizacje zrzeszające Polaków w Niemczech okazują się strukturami nadzwyczaj oryginalnymi i niewiele mają wspólnego z jakimiś znanymi modelami. Stosowanym normom odpowiada jedynie ich prawna (statutowa i rejestracyjna) forma, chociaż niektóre z nich korzystają z liberalizmu niemieckich przepisów w tej sprawie.

W RFN nie istnieje obowiązek prawny rejestrowania stowarzyszeń i organizacji - poza określonymi w kodeksie BGB. Większość struktur polonijnych jest więc wolna od takiej powinności. Mogą, ale nie muszą! Zwyczajowo wystarczy (choć też nie jest to wymóg prawny) „zgłoszenie” w właściwym Kreisverwaltungsreferat.

Oczywiście z faktu rejestracji wynikają określone konsekwencje (przywileje, ale też i obowiązki), toteż wiele struktur decyduje się na uzyskanie osobowości prawnej tą drogą. W roku 1995 ze znanych mi w całym RFN 67 organizacji (na ogólną liczbę ca. 80), zarejestrowanych było tylko 38, z czego 11 nie przejawiało żadnej działalności od co najmniej dwóch lat.

 W roku 1994 przeprowadziliśmy w 8 wylosowanych organizacjach test na temat znajomości przepisów prawnych ich dotyczących. W miarę gruntowną orientację stwierdziliśmy tylko w jednej z nich (wyłącznie Prezes), bardzo pobieżną w kolejnych dwóch i dotyczyła jedynie zasad składania corocznego sprawozdania finansowego. W pozostałych pięciu znajomość takich przepisów była żadna - nie składały też one sprawozdań finansowych, co właściwie jest niedopuszczalne. Tolerowanie tego stanu przez urzędy niemieckie dowodzi kompletnego lekceważenia tych struktur.

Z przetestowanych innych 10 organizacji na temat należnych świadczeń ze strony władz niemieckich - tylko dwie kiedykolwiek występowały o jakąkolwiek pomoc. Inne nie były w stanie uporać się z skonstruowaniem wniosku, lub nie widziały takiej potrzeby.

A były to organizacje (zarówno pierwsze 8 jak i drugie 10) legitymujące się stosunkowo dużą aktywnością i interesującymi niekiedy formami działania!

Podałem wyżej liczbę 67 struktur, które uznaliśmy za „polonijne”, a więc za te, które zrzeszają głównie osoby odpowiadające kryteriom podanym w jednym z poprzednich rozdziałów. Odpowiedziały one na korespondencję i dostarczyły dane na temat swej działalności, nadesłały także swe Statuty. Były wśród nich bardzo aktywne i niemal uśpione (może chwilowo), wielkie i małe. Przejawiały w sumie bardzo szeroki zakres zainteresowań i form działania. Postanowiliśmy je jakoś uporządkować, określić pod względem typu działalności.

Zaskakująco bezużyteczne w tym względzie okazało się studiowanie Statutów, bowiem zwykle sporządzano je na podstawie wzorców publikowanych w popularnych poradnikach prawnych obficie wydawanych w Niemczech lub na podstawie Statutów wcześniej zaakceptowanych przez sądy rejestracyjne. Powodem tej praktyki była chęć uniknięcia komplikacji przy rejestrowaniu czy zgłoszeniu w odnośnych urzędach. Były więc niemal analogiczne (trzy podstawowe typy) a w rozdziale „Cele” absolutnie schematyczne i właściwie wyprane z istotnych treści. Poprosiliśmy więc organizacje o nadesłanie jakichś dokumentów czy uchwał precyzujących bliżej merytoryczny sens ich powołania czy istnienia. Materiał taki nadesłało zaledwie 4!

Przy głębszym zainteresowaniu okazało się, że niewiele grup ma jasną świadomość swych własnych celów, a realny przedmiot działalności jest dość przypadkowy, niekiedy drastycznie zmieniał się w zależności od bieżących zainteresowań najaktywniejszych członków. Wydawało się więc, że podstawowym kryterium wspólnoty była po prostu polskość jej członków i już samo wspólne działanie w takim gronie stanowiło czynnik jednoczący. Przy bliższym oglądzie okazało się jednak, że rzecz jest o wiele bardziej złożona.

Chcąc więc dokonać jakiegokolwiek sklasyfikowania tych struktur, musieliśmy przyjąć jako kryterium nie deklaracje, ale realnie wykonywane działania.

Wydzieliliśmy więc następujące typy organizacji:

organizacje społeczne - do tego typu zaliczyliśmy te wszystkie struktury, które przejawiają szerszy (niespecjalistyczny) wachlarz działań. Prowadzą one np. działalność folklorystyczną (zespoły taneczne, chóry, pracownie sztuki ludowej itp), ale także poradnictwo, działalność charytatywną, lekcje języka ojczystego i języków obcych i inne formy. Oczywiście nie zawsze taka organizacja działała na wszystkich polach. By znaleźć się w tej grupie wystarczyło, by poza np. folklorem, zajmowano się również poradnictwem. Takie struktury działają w całych Niemczech, głównie jednak NRW i Berlinie.

Znalazły się tu organizacje duże (4), ale też i małe (9).

organizacje kulturalne - tu zakwalifikowaliśmy te, w których programie znajdują się przede wszystkim działania stricte kulturalne; wystawy, koncerty, wieczory literackie itp., ale też i folklorystyczne i muzyczne, jeśli stanowi to wyraźnie główną lub jedyną działalność.

Były to organizacje duże (3), mniejszych 23. Terenem ich działania są wszystkie ośrodki polonijne, zarówno większe jak mniejsze.

organizacje oświatowe - to te, których zasadniczym programem jest nauczanie i działalność wychowawcza.

Dużych 2, mniejszych 4. Działają głównie na terenie NRW, Berlina i Bremy.

organizacje sportowe - mają zwykle zdecydowany profil sportowy i turystyczny.

Dużych 3, mniejszych 5. Działają głównie w NRW, Monachium, Hanowerze.

organizacje problemowe - Znamy 3. Jedna prowadziła działalność dokumentacyjną, jedna w zakresie mediów i jedna wydawniczo-literacka.

Zasięgiem obejmują całe Niemcy z centralami w Dortmundzie i Monachium.

organizacje wyznaniowe - prowadzą działalność w „pobliżu” Parafii polskich, ale nie w ich bezpośrednim programie duszpasterskim. W programie mają często działalność zróżnicowaną, jednak w ścisłym oparciu o chrześcijańskie treści i w powiązaniu z nimi. Są to np. chóry i zespoły folklorystyczne występujące głównie w kościołach. W działaniach uczestniczy w ponad 60% młodzież i dzieci.

Znamy ich 9 na terenie całych Niemiec.

organizacje zawodowe - Znamy 3 o zasięgu działania ogólnoniemieckim. Są to organizacje duże (medyczna i techniczna)

Do organizacji „dużych” zaliczamy; - te które deklarują ponad 250 członków, lub ich zasięg działania (bez względu na ilość członków) obejmuje ponad 250 stałych odbiorców uczestniczących regularnie w inspirowanych akcjach.

Do organizacji małych zaliczyliśmy wszystkie o liczbie członków poniżej 30.

Narzuca się niewielka ilość organizacji średnich (30-250). Znanych nam jest takich 4. Jednak i w nich trudno jest mówić o aktywności rzeczywistej ponad 30 osób.

Zwrócić należy uwagę na to, że organizacje małe (z racji typu prowadzonej działalności) mają często bardzo duży zasięg oddziaływania! Z podaży proponowanej przez organizacje duże korzystają prawie wyłącznie ich członkowie. I tak przyjmując za 100 wszystkich korzystających z podaży wszystkich organizacji polonijnych w Niemczech z propozycji dużych korzysta ca. 30% odbiorców, a z mniejszych i małych pozostałe 70%.

W rozdziale niniejszym nie uwzględniamy struktur, które w sposób wyraźny zaczęły powstawać po roku 1993, uzyskując duże znaczenie w środowisku, a które nazwaliśmy roboczo „grupami działania”. Są to struktury zwykle małe liczebnie. Poświęcamy im osobne opracowanie.

Z naszych obliczeń wynika, że w roku 1995 z działalności organizacji polonijnych w Niemczech skorzystało ca. 70 tys. osób. (uczestników i odbiorców łącznie) w tym wiele kilkakrotnie. Chodzi tu o widzów, słuchaczy lub uczestników imprez i innego typu działań. Zakładamy jednak możliwość ca 15 % błędu w tych obliczeniach, gdyż materiał źródłowy w tym względzie jest trudno dostępny i trudno ocenić jego wiarygodność.

* * *

Baczniejszą obserwacją objęliśmy (w latach 1992-95) 15 różnego typu organizacji w 7 ośrodkach osiedlenia polskiego, odwiedzając je wiele razy i gromadząc przesyłaną nam dokumentację, z czego w 6 członkami byli nasi stali korespondenci. Te obserwowaliśmy bardzo szczegółowo! Ustalone w ten sposób zasadnicze elementy konstytuujące poddaliśmy następnie testom w kolejnych 10 organizacjach i w 3 następnych ośrodkach. W sumie przedmiotem analizy stał się materiał dotyczący 25 struktur, w tym 2 o ogólnoniemieckim zasięgu działania, 5 oddziałów landowych organizacji ogólnoniemieckich i 18 organizacji mniejszych, działających w jednym środowisku.

Powiedzieliśmy wyżej, że organizacje Polonijne w Niemczech mają nadzwyczaj nietypowy charakter. Sprecyzujmy więc teraz na czym polegają te zaskakujące elementy i co z nich wynika w praktyce wewnętrznej i zewnętrznej.

Sporządziliśmy zestaw niektórych podstawowych cech, które powinny konstytuować działalność grupową, a więc i organizację, a następnie poszukiwaliśmy ich w obserwowanych strukturach. Wydzieliliśmy cechy:

 chęć wspólnego działania,

 wspólnotę pojmowania celów i akceptację metod ich realizacji,

 wspólnotę interesów (czyli konkretnych oczekiwań członków wobec wspólnej organizacji),

 wspólnotę (chociażby podobieństwa) obyczajową.

Powinno to, naszym zdaniem, prowadzić do:

 satysfakcji osobistej uczestników wspólnych działań (członków),

 wzmocnienia więzi międzyludzkich w grupie, rozwój struktury i jej form aktywności,

 wzrostu znaczenia organizacji (autorytetu, lub choćby zainteresowania nią) w środowisku zewnętrznym.

Z niemałym zdziwieniem stwierdziliśmy, że żadnej z wyżej wymienionych cech nie da się odnaleźć w większości organizacji polonijnych w Niemczech!

W pewnym stopniu odnajdywalna była jedynie chęć wspólnego działania, bo już samo członkostwo na to wskazuje. Przy bliższym oglądzie okazało się jednak, że w bardzo wielu przypadkach jest to zaledwie „chęć działania” - ale rzadko tylko z tymi właśnie współczłonkami! Zasadnicze zastrzeżenia do składu osobowego własnej organizacji sygnalizuje gros testowanych osób. Ma to paradoksalnie miejsce głównie w dużych ośrodkach polonijnych, gdzie jest zwykle więcej organizacji do wyboru. Jednak gdy komuś odpowiada profil, to zupełnie nie odpowiada towarzystwo i na odwrót. Gdy znaczeniem swym organizacja zaspokajałaby ewentualnie oczekiwania, to miejsce w niej zajmowane (znaczenie osobiste) oczekiwań tych nie spełnia. ITD, ITP! W tej sytuacji nie byliśmy w stanie uzyskać jakiejś w miarę chociażby logicznej i spójnej odpowiedzi na pytanie - dlaczego wstąpiłeś do tej właśnie organizacji? Sugeruje to absolutną przypadkowość wyboru miejsca i formy zrzeszenia. Jedyną konkretną motywacją jest więc „ogólna chęć działania, bliżej niesprecyzowana”. Syndrom ten dotyczy ponad 60% osób zrzeszonych!

Zupełnie nie dało się odnaleźć faktycznego istnienia pozostałych cech! Większość członków nawet nie bardzo rozumiała jak należałoby interpretować pojęcia wspólnych interesów, wspólnoty obyczajowej, czy wspólnoty celów.

Wstępując do organizacji przeciętny jej członek ma oczywiście jakieś wyobrażenie o działaniach, które uznałby za interesujące czy ważne dla siebie czy środowiska. Jednak w praktyce niezmiernie rzadko te jego „pomysły” są akceptowane przez wcześniejszych członków. Ma to miejsce jedynie w przypadku, gdy jednostka uzyska silny wpływ na decyzje kierownictwa struktury, zwykle poprzez wejście w skład tego kierownictwa. Nic więc dziwnego, że większość niemal zawsze uważa, że organizacja ich powinna być jaknajszybciej zreformowana, a z realizowanego programu jest tylko częściowo zadowolona. Stała obecność „zastrzeżeń z wewnątrz” jest cechą większości istniejących struktur! Dotyczy to zarówno dużych jak i małych, choć oczywiście w obu typach przybiera inne formy.

 

Organizacja A powstała w Bawarii z oddziałem w Mannheim w roku 1984. W swej długiej nazwie zawarła wszystkie „słowa klucze” aktualne w tym czasie; solidarność, wolność, Polacy itd. Problemy wynikły, gdy nazwę tą trzeba było dla sądu rejestracyjnego przetłumaczyć na niemiecki. Rzeczników zmiany określano zdrajcami, kapitulantami, zarzucano im chęć ulegania szantażowi Niemców itp. Sąd rejestracyjny, patrzący w owym czasie przez palce na polską odmienność z niemałym rozbawieniem zaakceptował w końcu językowego potworka, ku zadowoleniu podsądnych, słabo znających wówczas niemiecki. Najważniejsze było jednak postawić na swoim. Słowa Roty coś znaczą - w końcu! Nikt nas tu nie germanił!

Na początku było 27 członków. Czołówkę i pierwszy zarząd stanowili ludzie dobrze mi znani, każdego z nich bardzo szanowałem, znając ich niezaprzeczalną wartość osobistą i szczere zaangażowanie w sprawy polskie. Działanie, które podjęli wynikało niewątpliwie z najszczerszych pobudek! Podkreślam to, by nie było co do tego wątpliwości! A więc byli to: - pozostały w Niemczech po wojnie inżynier, były żołnierz Powstania Warszawskiego, zrzeszony już w Kole byłych Zołnierzy AK, Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów, Polskiej Partii Socjalistycznej (Ciołkosza nie Wąsika), Związku Polskich Uchodźców, dobrze sytuowany rentier nigdy do tej pory nie pełniący żadnych funkcji kierowniczych w organizacjach polonijnych - artysta czterdziestopięcioletni, Spetaussiedler z Warszawy, człowiek wielkiej szlachetności i wrażliwości, bardzo dobrze w tym czasie sytuowany, emigrant z końca lat siedemdziesiątych - technik z Wrocławia, który pod koniec kariery zawodowej rzucił się całym sercem w NSZZ Solidarność, kończąc najpierw w więzieniu, a w końcu z liczną rodziną w RFN, by skromnie tu żyć z przyśpieszonej emerytury - niedokończony magister historii, który po 1968 roku (w trakcie pracy dyplomowej) wyjechał na Zachód z wycieczką i już nie wrócił, bardzo dobrze sytuowany, od lat członek PPS-u i jeszcze dwóch innych organizacji z demokracją w nazwie - zwany „admirałem” uciekinier z peerelowskiej fregaty, który w czasach stalinowskich wyskoczył w nocy do morza w Kanale Kilońskim i dopłynął do niemieckiego brzegu.

Działania były nadzwyczaj intensywne! W kilku z nich uczestniczyłem zaproszony do współpracy. Ludzie ci , aż ponad siły, poświęcali tej pracy każdą wolną minutę, nie szczędząc pieniędzy. Robili wszystko; przedstawienia teatralne, akademie z okazji świąt państwowych, wspaniałe zabawy taneczne z dobrym jedzeniem, organizowali odczyty, wystawy, koncerty, organizowali bardzo wydajną pomoc dla podziemia w Polsce itd, itp. - razem ponad 40 bardzo interesujących działań.

Statutowa kadencja Zarządu trwała 4 lata - organizacja przeżyła trzy! W tym czasie Zarząd zmieniono trzy razy decyzją Nadzwyczajnych Zebrań Walnych, jednego z Prezesów okrzyknięto złodziejem, bo po którymś z przedstawień teatralnych w obskurnej piwnicy oddanego do dyspozycji obcokrajowców Haus der Begegnung (nazywanego w środowisku polskim „domem schadzek”, co odpowiadałoby z grubsza dosłownemu przekładowi ) zginęła lampka nocna wchodząca w skład dekoracji.

Gdy w roku 1996 przeglądałem sądowy rejestr organizacji - organizacja A figurowała w nim nadal. Nikt jej nie wyrejestrował, urzędnicy niemieccy narazie zapomnieli o tym epizodzie historii Polaków w Niemczech.

 

Stan ten dokumentuje wyraźnie płynność we władzach. Po upływie statutowej kadencji skład personalny Zarządów zmienia się w ca. 64% organizacji, Prezes w ca. 72%. W trakcie kadencji, na skutek sprzeciwu członków władze zmieniają się w ca. 28% struktur. Zaskakujące jest przy tym, że owe zmiany personalne w nielicznych tylko przypadkach pociągają za sobą jakiekolwiek zmiany programowe czy strukturalne.

Stan ten powoduje, że organizacja staje się obciążeniem dla człowieka, zamiast być miejscem realizacji aspiracji. Stąd obserwowany w latach 1990-94 znaczny odpływ członków i postępująca pauperyzacja struktur. Pauperyzacja polegająca na utracie najbardziej doświadczonych osób. Te same powody leżą, naszym zdaniem, u podstaw zjawiska, że mimo wielości struktur jedynie ca. 3% Polonii do organizacji polonijnych należy.

(Proces ten w latach 1995-96 uległ pewnemu zahamowaniu, o czym będzie mowa w rozdziale poświęconym nowym formom organizacyjnym. Jednakże stan wynikający z wyżej opisanych zjawisk dotyczy nadal większości istniejących organizacji. Nie dotyczy natomiast organizacji zawodowych, wyznaniowych i problemowych - w których omawiane anomalia występują w postaci marginalnej.)

W tej sytuacji staraliśmy się ustalić przyczyny tego stanu. Wydaje się, że są nimi:

1 - Nieuzasadniona (sztuczna) otwartość istniejących struktur. - Przepisy dotyczące zrzeszania się (a jeszcze bardziej urzędy je nadzorujące) bardzo niechętnie widzą statutowe ograniczanie członkostwa - określanie ściślejszych kryteriów, które musi spełnić przyszły członek organizacji. Ograniczenia takie stanowią w działaniu znaczne utrudnienia. Np. bardzo trudno jest w takim przypadku otrzymać status „wyższej użyteczności publicznej” co wpływa na sytuację finansową organizacji. Otwartość prowadzi nawet nieraz do wstępowania do organizacji osób ze struktury konkurencyjnej w celu destrukcyjnym. Wymagany przez praktykę prawną kilkustopniowy system odwołań utrudnia znacznie pozbywanie się takich członków, a ich izolowanie do czasu decyzji prawomocnej jest trudne z racji istniejących podziałów wewnętrznych, dzięki którym uzyskują oni zwykle jakieś poparcie.

2 - Wymuszone przez przepisy utrzymywanie określonej ilości członków i posiadanie określonego majątku. Jedno drugie stymuluje, więc często przemienia się w podstawowy kłopot Prezesa czy Zarządu, spychając na plan dalszy problematykę merytoryczną.

Tyle normy prawne i porządkowe! Czyli przyczyny zewnętrzne

Są to normy dotyczące zrzeszania się niemal oczywiste w systemie prawnym demokratycznego państwa. Kłopot polega na tym, że organizacje polonijne, których działalność mają regulować są wytworem środowiska o bardzo szczególnych cechach konstytuujących je. Trudno mieć w tym przypadku pretensje do norm. Warto jednak zwrócić na to uwagę.

Jako kolejny zespół przyczyn wydzieliliśmy te, które nazwaliśmy historycznymi. Są to:

1 - Niezrozumienie przez elitę organizacyjną zasadniczych zmian w usytuowaniu organizacji społecznych w drastycznie zmieniającym się otoczeniu. Historycznie - organizacje mniejszościowe w Niemczech miały charakter defensywny. Powoływano je i rozwijały się z dwóch zasadniczych powodów; - potrzebnej pomocy wzajemnej i obrony własnych wartości religijnych, kulturalnych i obyczajowych wobec przemożnych wpływów otoczenia.

Były to potrzeby rzeczywiste. Słabszym trzeba było pomóc, by się nie zdegenerowali, odporność na procesy asymilacyjne trzeba było wzmacniać, bo niewielu emigrantom jest ona właściwa w stopniu dostatecznym, gdy trudno o wyraźne motywacje w odmiennym środowisku, które obcości było i jest niechętne.

Tymczasem charakter państwa, jakie wokół wyłoniło się z pożogi II wojny światowej i kuracji planu Marschalla na terenie Niemiec Zachodnich, w znacznym stopniu likwidował tradycyjne potrzeby Polonii i oczywiście stwarzał nowe! Ukształtowane po „cudzie gospodarczym” państwo typu socjalnego lepiej niż organizacje polonijne opiekowało się i pomagało swym słabszym jednostkom. Drastyczny proces denazyfikacji i późniejszej amerykanizacji kultury i obyczaju społecznego - spowodował, że naciski zewnętrzne w kierunku wynaradawiania się Polaków i ich asymilacji znacznie zmalały i przestały stanowić istotny problem (ich powrót nastąpi wiele lat później i w zupełnie innych warunkach).

Oczywiście tak istotne zmiany w usytuowaniu powinny wpłynąć na równie istotne zmiany treści i metod pracy środowiskowej. W organizacjach „starych” nic takiego jednak nie nastąpiło! Powstała więc zasadnicza dysproporcja pomiędzy realnymi potrzebami (nie odrazu uświadomionymi, ale jednak już istniejącymi), a proponowaną podażą. Była to, naszym zdaniem, pierwsza przyczyna wynaturzania się życia organizacyjnego Polonii.

Powstała wprawdzie potrzeba nowa - „wychowania w polskości pokoleń, które Polski nie znały” - jednak dawne, rodem z przed wojny treści i metody i do tego nie bardzo się już nadawały. Utrzymanie młodzieży w orbicie tej problematyki - coraz częściej miało charakter wymuszony i nienaturalny! O wiele bardziej wymuszony i nienaturalny, niż pokusa niemieckiego i zamerykanizowanego otoczenia. Stąd wśród obecnych liderów polonijnych w RFN jest niewielu wychowanków zespołów folklorystycznych i niedzielnych szkółek.

2 - Przeakcentowanie w latach 1949-80 wartości politycznych.

Szok ponownej okupacji (sowieckiej zaraz po niemieckiej) w pełni usprawiedliwia taką postawę! Jednak, jak każde ekstremum, poza wpływem pozytywnym miało ono i zdecydowanie negatywny wpływ na rozwój sytuacji społecznej i organizacyjnej. W aspekcie negatywnym przede wszystkim spowodowało na wiele lat silny i gwałtowny w formach podział środowiska na tych, którzy jednoznacznie i zdecydowanie odrzucali kontakty z PRL i jej przedstawicielstwami i tych, którzy te kontakty akceptowali i utrzymywali. Konflikt nabrał cech bardzo złożonych i omówimy go osobno.

Jednocześnie tak silne nastawienie polityczne (antykomunistyczne, a więc i kontra Togliatti, Marche, a nawet Sartre itp. przy przez długie lata dyskretnym, ale wyraźnym dystansie wobec niemieckości i Niemców) podniosło tak wysoko „poprzeczkę” dla „dobrego Polaka”, że była ona w skali masowej trudna do przeskoczenia. Toteż - przy posiadanu niezmiennie wysokiego autorytetu - środowisko to nie zyskiwało odpowiednio dużo członków i uczestników patriotycznych działań.

 

Jan K. cieszył się w młodości niepospolitą urodą. Uratowała mu życie!

Dostrzegła go przez druty obozu w Dachau młoda Niemka. Przerzucane przez nią przez ogrodzenie (niemal codziennie przez trzy lata) porcje żywności pozwoliły przetrzymać nie tylko Janowi.

Po wyzwoleniu zaplątał się z kolegami do amerykańskiego wojska, wylądował w Anglii, ale w i952 roku był już napowrót w Niemczech. Jego wybawicielka czekała widać, bo pozostała panną, Jan szczęśliwie kawalerem. Zyją do dziś szczęśliwie w Rosenheim. Jan zawsze lubił szybkie samochody, i gdy jechałem z nim ostatnio w roku 1989 jego BMW przez nocne Monachiu licznik wskazywał co chwilę 160 km/godz..

Przez wiele lat nie była to jednak rodzina typowa.

Nim zdołali wziąć zaplanowany ślub Jan dostał pracę w amerykańskiej firmie zajmującej się tematyką polską. Większość personelu stanowili Polacy, o każdym z nich można by książkę napisać pod tytułem „Sensacje II Wojny Swiatowej”. O kilku zresztą napisano! Niemcy stanowili w tej firmir jedynie personel pomocniczy i na początku wolno było z nimi rozmawiać tylko po angielsku. Ja zacząłem pracę pod kierownictwem Jana dopiero w roku 1982 i z niemieckimi kolegami rozmawiałem już po niemiecku, ale on jeszcze utrzymywał starą zasadę, choć po trzydziestu latach zgodnego współżycia z „małżonką” znał niemiecki na wylot.

Byłem na ślubie Jana w roku 1988, który nastąpił, gdy tylko przeszedł na emeryturę.

Pierwszy szef nie akceptował takich fanaberii, jak „ślub z Niemką”. Jan bał się, że straci sympatię Kolegów ze Stowarzyszenia Kombatantów i Stowarzyszenia Byłych Więźniów.

Kilku z nich wyłamało się z czasem z tego obyczaju. Jan do końca swej zawodowej aktywności stawał na baczność przy swym biurku, gdy w słuchawce słyszał głos przełożonego. Dużo mu zawdzięczam.

Jan nie miał typowej rodziny. To prawda! Pewnie sam był sobie winien.

 

Masa polonijna znalazła się pomiędzy anachronizmem a rygoryzmem! Tym samym weszła w orbitę oddziaływania niemieckiego otoczenia, któremu zaczęła w znacznym stopniu ulegać!

Ulegać, broniąc się na własną rękę! To z kolei powodowało wynaturzenie form i obyczaju tej obrony - likwidując de facto umiejętność i potrzebę obrony zorganizowanej i uporządkowanej - podległej jakimś racjonalnym metodom i formom organizacyjnym.

Dodatkowy, destrukcyjny wpływ otoczenia niemieckiego na kształtowanie się postaw społecznych w środowisku polonijnym omówimy osobno.

A oto podstawowe, naszym zdaniem, przyczyny wewnątrzśrodowiskowe:

  •  Poważny kryzys i w rezultacie niemal zanik autorytetów organizacyjnych i personalnych w latach 1982-85. Wiązało się to z gwałtownym napływem dużej ilości aktywnych ludzi z kraju i ich „społecznym rozognieniem”. Chodzi oczywiście o ekspultowanych działaczy NSZZ Solidarność. Ich aktywność osobista była - w stosunku do zastanej w RFN - wręcz oszałamiająca. Dotyczy to nie tylko osobistych cech wielu z tych ludzi, ale także ich przyzwyczajeń do przywiezionych z kraju agresywnych form działania.
  • Ale nie tylko ci ludzie i ich ilość miała zasadniczy wpływ na zmianę sytuacji środowiskowej! Istotna tu była też sama „legenda” Solidarności. Wielu polonijnych działaczy obecność i aktywność tych właśnie ludzi uznała za szansę, toteż masowo i od pierwszej chwili przyjmowano ich do istniejących struktur, niekiedy wręcz wciągano „na siłę”. Szybko okazało się, że byli oni tak odmienni, że dodatkowo skonfliktowali wiele środowisk. Kreowani na bohaterów i wzorce korzystali przez pewien czas z tej pozycji - nie rozumiejąc w ogóle ani problematyki emigracyjnej, ani nie „czując” nowego środowiska! Swe aspiracje, właściwe i naturalne w kraju, tu zupełnie nierealne, forsowali do tego stopnia agresywnie, że likwidowali jakoby sens merytoryczny działań dotychczasowych. Gdy stosunkowo szybko okazało się, że ich potrzeby w sytuacji społecznej, prawnej, finansowej i kulturalnej w RFN i Polonii nie mogą być realizowane, większość z nich wycofała się z działalności, lub wróciła do kraju. Po tym „eksperymencie” pejzaż organizacyjny, a przede wszystkim system autorytetów przypominał pobojowisko.

 

Jurek J. przyjechał z obozu internowania w roku 1982 w styczniu. A właściwie przyjechał z Poznania. To się liczyło! Był robotnikiem, działaczem Solidarności w zakładach „Cegielskiego”. Dla starych działaczy niepodległościowych, którzy z Polski wyjechali w 1939 roku, Poznań to było coś więcej niż Warszawa czy Kraków. Nawet więcej niż Lwów! A „Cegielski”? Arystokracja!

Jurek był postawny, w okularach, od czasu pracy w Komisji Zakładowej chodził wyłącznie w garniturach i zwykle z teczką pełną przeróżnych dokumentów - uchwał, konwencji międzynarodowych, odpisów wszelkiego rodzaju przepisów, oświadczeń i proklamacji. Raczej zamknięty w sobie i małomówny, ale jak już wybuchał to jak istne sumienie zbiorowe. Podobno w Poznaniu przed 13 grudnia gonił komunistów jak psią sforę. Mówił w chwilach aktywności tak szybko, że niekiedy trudno było rozróżnić słowa, jednak ton i jakieś niesamowite wewnętrzne przekonanie kazało rozumieć rzecz poza słowami, jakby przekazywał pozasemantyczne jądro prawdy.

Rozpoczął już w obozie dla oczekujących na azyl strajkiem z ulotkami, transparentami i biało-czerwonymi opaskami na rękawach przeciwko nieświerzym kurczakom w obozowej kuchni, strajkiem pod hasłem „Nie po to w Polsce siedzieliśmy w więzieniu, byście nas tutaj otruli!” Akcję poparł gwałtownym protestem na piśmie do centrali związku zawodowego DGB, informując o wszystkim kanałami związkowymi. Akcja, pierwsza w RFN, powiodła się, bo przyjechał przerażony burmistrz i krajowy szef związku DGB, Jurek zagroził bezterminową głodówką i listem do Genewy. Kurczaki znikły na zawsze z jadłospisu obozowego (na wszelki wypadek) bo komisja nie mogła dopatrzeć się w nich różnicy w stosunku do sprzedawanych jak zawsze w restauracji vis a vis obozu.

Pierwszy odwiedził Jurka Przewodniczący niemieckiego oddziału PPS (Ciołkosza nie Wąsika). Rozmawiali długo o Polsce, Przewodniczący zaprosił Jurka na kolację do restauracji vis a vis obozu. W następnym tygodniu mityng zapoznawczy zorganizowało Prezydium Oddziału Związku Polskich Uchodźców. Gdy z azylem w kieszeni opuszczał obóz był już dokooptowanym członkiem obu Zarządów, ale mimo wszystko zaraz po zainstalowaniu się w mieszkaniu socjalnym znalazł kilku kolegów z paki i powołał do życia nową organizację.

Pierwszym ich działaniem było przerwanie zaiste nie dającą się opanować demonstracją na widowni koncertu „Mazowsza”, bo zespół nie przeciwstawił się Wronie gdy był na to czas, gdy inni siedzieli i lała się krew w „Wójku”, tylko koncertował spokojnie na antypodach. Dobroduszna policja niemiecka zwinęła szefa i kilku demonstrantów, ale powołany przez PPS adwokat udowodnił, że nie był to dziki protest bez koniecznego zezwolenia władz, tylko osobisty akt każdego z uczestników, bo na sali koncertowej dzieliła ich od siebie odległość ponad trzy metry i nie stanowili żadnej, przewidzianej w przepisach zwartej grupy. Osobista dezaprobata występów artystycznych nie jest zakazana, a co do formy, to Polacy zachowywali się na występie polskiego zespołu zgodnie z polskim obyczajem, co na pewno weźmie pod uwagę sąd, gdy ewentualnie organizatorzy złożą skargę.

W sprawach demonstracji Jurek był najlepszy! Do dziś znają go po imieniu byli ochraniarze ambasady polskiej w Kolonii i policja kilku większych miast, gdzie pojawiali się oficjalni przedstawiciele władz schyłkowego Jaruzela. Nie przepuścił nikomu.

Nie bardzo jednak udało mu się ruszyć z posad polonijną ziemię, którą nazywał ugorem politycznym. Po kryzysie w ZPU nie został Prezesem, ale dotychczasowego udało mu się obalić. PPS był bardziej odporny, ale Oddział niemiecki Rady Narodowej upadł w trakcie trzeciego procesu z Jurkiem. Były to pierwsze procesy sądowe Polaków przeciw Polakom w historii sądownictwa RFN!

Proces z proboszczem przerwała Kuria zmieniając polskiego duszpasterza.

Doczekał się Jurek Trzeciej Rzeczpospolitej!

- Dobiliśmy się swego! - mawiał.

Chociaż cały czas pobierał pomoc socjalną, dorobił się w Niemczech szybkiego auta, w którym zginął na drodze pod Poznaniem w 1992 roku.

Gdy sprzątano jego piwnicę natknięto się na zachowane przez autora kopie listów do niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji w sprawie działalności kolegów z polonijnych organizacji.

 

Zdecydowanej zmiany formacji dopełniło gwałtowne zlikwidowanie struktur politycznych związanych z etosem Rządu Londyńskiego i emigracyjnych partii politycznych! Co by nie powiedzieć o tych strukturach - były one przez lata (i do samego końca) elementem tonizującym konflikty środowiskowe, jako realne autorytety moralne i polityczne. Bliżej zajmiemy się znaczeniem tych autorytetów opisując historię i charakter reprezentacji całości środowiska polonijnego.

Upadek autorytetów spowodował separowanie się od środowisk polonijnych jednostek mogących taki autorytet stanowić! Ludzie ci, z racji swej obiektywnej wartości, byli przecież dość komfortowo osadzeni w niemieckim otoczeniu i separacja ta nie stanowiła dla nich zwykle poważniejszej dolegliwości. Nowa atmosfera zupełnie im nie odpowiadała.

  • Nienaturalna potrzeba używania aktywności społecznej do rekompensowania sobie niedowartościowania w otoczeniu niemieckim. - Ten nadzwyczaj częsty przypadek polega na tym, by będąc w życiu zawodowym np. dozorcą, w życiu publicznym (organizacyjnym) być postacią znaczącą. Być kimś, kim się nie jest, a kim być by się chciało! Skutek jest taki, że „dozorca lekceważy profesora, samemu nie dając sobie rady na stanowisku społecznym dla tego profesora właściwym”. Nazywaliśmy tę cechę „syndromem komunistycznym”. Wiąże się ona niewątpliwie z poprzednią, a jej występowanie masowe rozpoczyna się w środowiskach około roku 1983.
  • Kolejnym zagadnieniem, które należy wziąć pod uwagę, jest rodzaj motywacji osobistych leżących u podstaw decyzji na pracę społeczną.
  • W tej ważnej sprawie nie byliśmy w stanie zgromadzić jakiegoś w pełni solidnego materiału badawczego, poza odpowiedziami na ankietowe pytanie postawione wprost, bez pytań dodatkowych. Po sporządzeniu na tej postawie diagnoz roboczych konsultowaliśmy je, w miarę możliwości wnikliwie, z doświadczonymi działaczami polonijnymi, a następnie przedstawiliśmy wyniki osobom wybranym spośród tych, których one dotyczyły. Konkluzja tych działań jest następująca:

motywacja społecznikowska - niemal bezinteresowna chęć pracy dla zaspokojenia jakichkolwiek potrzeb Polaków w Niemczech. Ci, którzy z tego powodu się aktywizowali to głównie emeryci, dla których najważniejsze jest działanie w i dla otoczenia polskiego, zwykle bez osobistych priorytetów merytorycznych. Ludzie ci stanowią ca. 15% osób aktywnych dłużej niż 5 lat.

motywacja ideologiczna - tu zaliczyliśmy tych, którzy aktywizują się z silnym poczuciem osobistej „misji”. Ludzie ci próbują skutecznie (często agresywnie, choć i w bardziej wyszukanych formach) realizować w organizacjach swe idee. Idee najróżniejszego typu; polityczne, koncepcje kulturowe, wyznaniowe, modele wychowawcze, lub wręcz konkretne projekty, których są zwykle autorami. Często są wśród nich zwolennicy reform form organizacyjnych, formalnych, propagandowych. Czynią to, obojętnie w jakiej organizacji, bez względu na to, czy działanie takie akceptują rzeczywiście inni jej członkowie. Stanowią oni ca. 35% osób aktywnych. W tej grupie są często założyciele nowych organizacji, które niekiedy znajdują członków i współpracowników.

motywacja ambicjonalna - tu zaliczamy tych, którzy uważają się za szczególnie predysponowanych do przywództwa bez uprzedniego sprawdzenia swych predyspozycji w tym względzie. Potrafią niekiedy długo czekać na swą kolej, ale temu celowi poświęcona jest ich główna aktywność. Stanowią ca. 6-10% środowiska aktywnego.

motywacja ambiwalentna - dotyczy ona osób wstępujących do organizacji bez dającego się ustalić powodu, który też jest zwykle nieuświadomiony. To większość statystycznych członków! Wiele z tych osób stosunkowo krótko jest aktywnych, łatwo się zrażają i wycofują się z działalności. Mają jednak swych licznych następców, toteż grupa ta nie przejawia większych wahań ilościowych. Ale co ciekawe - głównie spośród nich rekrutują się ci nieliczni, którzy ze swej pracy społecznej są w pełni zadowoleni. W tej grupie umieściliśmy również te osoby, których motywację można by nazwać „mieszaną”.

Na koniec tego rozdziału należy wskazać jeszcze jeden element leżący u podstaw kryzysu większości organizacji polonijnych. Jest to ich wyjątkowe ubóstwo. Ubóstwo obiektywne, ale też i w porównaniu z organizacjami innych obcokrajowców w RFN.

Przyczyną jest nie tylko niechęć świadczeń ze strony niemieckiej, czy polskiej! Winę ponosi głównie samo środowisko, gdyż w dotychczasowym stanie organizacyjnym nie potrafiło ani zgromadzić potrzebnego majątku, ani uzyskać należnych świadczeń.

Wytworzyło się więc swoiste sprzężenie zwrotne; - zastraszająca bieda uniemożliwia poprawę stanu zorganizowania, a kryzys organizacyjny uzyskać środków. Jest to temat osobnego opracowania.

Organizacje, w których występują wyżej wspomniane anomalia (wszystkie lub wiele) stanowią, wg. naszych ocen ponad 70% ogólnej liczby nam znanych. W związku z tym zachodzi podejrzenie, iż obecna forma zorganizowania Polonii w RFN jest swoistego rodzaju anachronizmem. Wskazywałaby na to również porównywalnie większa skuteczność nowszych, mniej sformalizowanych grup i inicjatyw, które zaczęły powstawać około roku 1995. Ich znaczenie polityczne w środowisku nie jest dziś jeszcze porównywalne z znaczeniem bloku organizacji tradycyjnych, ale wydaje się, że uzyskają je w miarę narastającego przecież kryzysu tych ostatnich.

Jedną z odróżniających je cech jest ich wzajemna bezkonfliktowość! Wynika ona nie tylko z innego zasadniczo składu osobowego, ale również z zastosowanych rozwiązań formalnych.

Polonia Polacy w Niemczech