|
Jacek Sowiźrał
Katolicy świeccy w działalności społeczno-kulturalnej
Temat wystąpienia, który został mi niejako „zadany” jest tematem po pierwsze bardzo szerokim, a po drugie bardzo aktualnym. Żyjemy w czasach „dechrystianizacji” Europy. Europy, która rozwój swojej kultury zawdzięcza w największym stopniu chrześcijaństwu, a która teraz próbuje związków z chrześcijaństwem po prostu się wyprzeć.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że już ta teza wstępna może wywołać sprzeciw niektórych środowisk, dla mnie jednak jest punktem wyjściowym do poniższych rozważań. Podkreślić pragnę, że jest to moje osobiste stanowisko, wypływające z doświadczenia mojego życia w połączeniu z moją, dość w końcu ograniczoną bo przecież laicką, wiedzą teologiczną i znajomością nauki Kościoła w tym zakresie. Wydaje mi się ważne dodać i podkreślić, że bardzo konkretnie będę próbował omówić moje widzenie obecności świeckich katolików Kościoła Rzymsko-Katolickiego w życiu społecznym i kulturalnym i nie jest moim celem rozważanie tego tematu w odniesieniu do innych środowisk chrześcijańskich a nie-rzymskokatolickich. Dlatego też ilekroć wspomnę w mym wystąpieniu o katolikach, odnosić to należy do wiernych wspomnianego wyżej Kościoła, którego sam jestem członkiem.
Należy stwierdzić, że obecność świeckich w każdej publicznej, a więc i społeczno-kulturalnej dziedzinie życia, po II Watykańskim Soborze nie podlega wątpliwości. Nawet, jeżeli nie będziemy wgłębiać się w dokumenty Soboru, możemy stwierdzić, że Kościół Katolicki widzi potrzebę obecności swych wyznawców w życiu publicznym i tę działalność popiera, a często nawet zaleca.
Chcę poprzestać na tym stwierdzeniu i nie rozwijać tego aspektu zagadnienia, który wydaje się raczej znany, choć na pewno ciekawa byłaby jego dokładna prezentacja.
Za aktywnością katolików w życiu publicznym przemawia również zwykła logika życia. Jeżeli stanowimy ciągle jedną z większych, jeżeli nie największą, cześć ludności Europy, to rzeczą naturalną wydaje się konieczność naszej obecności również i w społeczno-kulturalnym wymiarze życia społeczeństw, wśród których żyjemy. Tylko wtedy możemy tak naprawdę wpływać na to, jak wyglądać będzie kultura i życie społeczne Europy i nie tylko.
Jak wygląda więc stan obecny życia społeczno-kulturalnego w Europie? Oczywiście mimo, że spróbuję scharakteryzować ten problem w wymiarze europejskim, ponieważ tylko do Europy ogranicza się moje doświadczenie, moje tezy mogą znajdować swe potwierdzenie na całym świecie, ze względu na postępującą, czy tego chcemy czy nie, globalizację życia.
Gdybym stan życia społeczno-kulturalnego Europy miał określić jednym zdaniem, to musiałbym stwierdzić z przykrością, że jest on po prostu zły. Przy czym określenie zły, nie jest próbą osądu, a jedynie odniesieniem do moich osobistych i całkowicie subiektywnych przekonań.
Jeżeli jeszcze w Polsce można spotkać się z takimi kulturalnymi wydarzeniami jak premiera i seria koncertów oratorium „Tu es Petrus” Piotra Rubika, to już w zachodniej Europie takie koncerty i tego typu twórczość są rzadkością, a jeżeli nawet mają miejsce, to ich oddźwięk społeczny jest o wiele mniejszy. Kolejnym przykładem jest dyskusja nad filmem „Pasja” Mela Gibsona , a raczej jej minimalistyczny i ”sensacyjny” wymiar na zachodzie. Kolejny film o bardzo katolickim charakterze to „Opowieści z Narni”, który na zachodzie przeszedł co prawda nie bez echa, ale zarówno w fazie reklamy filmu jak i w społecznych komentarzach dyskutowało się więcej o marginalnych zagadnieniach, świadomie pomijając główny, ewangelizacyjny charakter tego dzieła dla dzieci. A wszystko to w jak olbrzymim napływie twórczości dla dzieci, obcej wszelkiej pedagogice. Koncerty religijnej muzyki poważnej, często wykonywane również w kościołach, pozostawiają wiele do życzenia nie pod względem wykonawstwa, ale ze względu na marginalne traktowanie tematyki tych utworów, ich głównego, religijnego przesłania. Teorie, według których produkcja kultury religijnej była konieczna w dawnych czasach, by móc zaistnieć w świecie twórców, znamy już od dawna. Takim teoriami fałszuje się obraz przeszłości pokazując tylko część prawdy i to wyrwanej z kontekstu. Niestety nie ma dziś czasu na głębsze potraktowanie tego ciekawego tematu.
Z przedstawionych przykładów wynika, że coraz częściej dochodzi do tego, iż w imię tak zwanej wolności, ogranicza się podstawowe prawo do głoszenia swoich przekonań i prezentowania światopoglądu opartego na przekonaniach religijnych. Widzimy to na przykładzie nie tak dawnych problemów dwóch polityków, włoskiego i niemieckiego. Publiczne przyznanie się do wyznawanej wiary oraz przekonania, że wybrana przez nich wiara jest najlepsza, doprowadziło do zmasowanych ataków medialnych i utraty pozycji. Na marginesie, dziwi to, że możemy wybierać najlepszy przedmiot zakupu, a nie powinniśmy wybierać najlepszej religii, czy mówić, że dla mnie jest ona najlepsza. Wspomnienie o swoich przekonaniach na przykład w sprawie homoseksualizmu, katolik czy protestant (jak niedawno w Szwecji) przypłaci oskarżeniem o homofobię czy nawet faszyzm.
Uważam, że żyjemy w czasach, w których posiadanie religijnych przekonań jest prześladowane. Opinia publiczna, kształtowana w dużej mierze i przede wszystkim przez środki masowego przekazu, dopuszcza jeszcze głoszenie religii wewnątrz kościołów, jednak wiele prób głoszenia swych przekonań poza nimi, jest traktowane jako naruszenie tak zwanej świeckości państwa, publikatorów czy wręcz życia.
Dlaczego o tym wspominam. Po prostu, w takim właśnie świecie przychodzi działać również katolikom. Powiem więcej, wielu działaczy społecznych, kulturalnych, politycznych, wielu pracowników środków masowego przekazu, to członkowie Kościoła Katolickiego. Dlaczego więc pozwalają na to? Dlaczego nawet sami biorą w tym udział?
Już w komunizmie próbowano nam wmówić, że religia jest osobistą sprawą każdego człowieka. W zasadzie to słuszny pogląd. Jeżeli jednak w imię tego poglądu próbuje się oddzielić życie, prawodawstwo czy kulturę od przekonań religijnych to jest to zmuszanie ludzi wierzących do podwójnego życia. Stajemy się coraz bardziej społeczeństwem schizofrenicznym. Czy podejmując aktywność społeczną czy kulturalną mogę przestać być sobą? Bo tego, że moja wiara i przekonania są częścią mnie, chyba nie muszę nikogo przekonywać.
I druga strona medalu. Powie ktoś, przecież istnieją katolickie organizacje, katoliccy twórcy kultury, chrześcijańskie partie polityczne i tak dalej. I tu dochodzę do aspektu, który według mnie jest najważniejszym problemem aktywności społecznej i kulturalnej katolików. Większość tych organizacji, działaczy i polityków, po prostu działają w niewłaściwy, nieadekwatny do współczesnych czasów sposób. Co gorsza, część z nich szkodzi bardziej, niż pomaga, w kształtowaniu społeczeństwa i kultury przyjaznej przekonaniom, które reprezentuje wiara katolicka – przecież też moja wiara.
Nie mam zamiaru przeprowadzać szczegółowej analizy tych środowisk. Przypomnę jedynie, że prezentuję tu moje subiektywne przekonanie na ten temat.
Jak pewnie uważny słuchacz spostrzeże, poszerzyłem w pewnym momencie moje rozważania i do działalności społeczno-kulturalnej, dodałem również polityczną. Powód tego jest prosty. Politycy, czyli we współczesnej Europie grupa społeczna, która jest najbardziej widoczna i wpływowa, kształtują w dużej mierze wzorce powielane przez działaczy społeczno-kulturalnych. W efekcie, wiele zachowań tak obecnych dziś w polityce wysokiego szczebla, uważa się za słuszne, normalne i uzasadnione, również na niższych szczeblach działalności.
Pominę dyskusję na temat czy polityka jest częścią działalności społecznej czy osobną dziedziną życia. Dla mojego rozważania wydaje się to nieistotne.
Pozwolę sobie natomiast postawić pytanie, które jest moim zdaniem najważniejsze dla mych rozważań. Czym różnią się politycy, działacze i twórcy katoliccy, od niekatolickich? Odpowiedź, która mi się nasuwa z mego doświadczenia brzmi: w większości niczym. Jeżeli więc nie różnią się niczym, to dlaczego partie, organizacje czy twórczość muszą nosić przydomek katolicki lub chrześcijański? Jeżeli nie w nazwie, to często w praktycznej działalności, wciąż wiele osób powołuje się na światopogląd katolicki, czy uważa się za reprezentantów środowiska katolickiego.
To podstawowy zarzut stawiany więc przeze mnie politykom i działaczom katolickim. Nie jesteśmy, przestaliśmy być, a może nie byliśmy nigdy wiarygodni. Jest taki dowcip o bacy, który pozwolę sobie przytoczyć nie tylko dla rozweselenia naszych umysłów.
Otóż w czasach PRL baca dla tzw. świętego spokoju zapisał się do partii. Po pewnym czasie musi stawić się do komitetu miejskiego partii i tłumaczyć z powodu „niepartyjnych” zachowań. „Baco” – słyszy w komitecie – „dlaczego nie chodzicie na zebrania?” „Bo ni mom cosu” – odpowiada baca. „Tak? A do kościoła to macie czas chodzić? I do tego nie płacicie składek!” „Bo niy mom pinindzy.” „Tak? A w kościele na tacę dajecie! I do tego mówią ludzie, tego waszego Jezusa na krzyżu, to przy każdym wychodzeniu i wchodzeniu z kościoła całujecie po nogach!” A baca na to: „Jakby siy nos piyrwsy sekretoz doł na kzyzu powiesić to bych go tys po nogach całował.”
Pewna prawda „wyziera” z tego dowcipu. Katolik to naśladowca mistrza. To człowiek, którego po sposobie działania można rozpoznać jako chrześcijanina: ŤPo tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowaliť czytamy w Ewangelii św. Jana, rozdział 13, wers 35. Nie chodzi więc o ciągłe powoływanie się na wartości chrześcijańskie ale o ich autentyzm w przeżywaniu. Nie chcę robić wykładu biblijnego, poprzestanę jedynie na tym stwierdzeniu. Naszą katolickość powinni widzieć inni w naszym działaniu, w naszych relacjach, w naszym, różnym od innych działaczy, postępowaniu. Wiele można by jeszcze przywoływać cytatów z Biblii i pokazywać w nich, czym powinniśmy się kierować w naszej działalności.
Czy w takim razie świecki działacz musi być świętym? Pominę dyskusję nad tym, że każdy katolik, czy świecki, czy duchowny, jeżeli poczuwa się do przynależności do Kościoła, powinien do świętości dążyć. Pragnę podkreślić, że nie w tym rzecz. Powtórzę moje pytanie ze wstępu: „Czy podejmując aktywność społeczną czy kulturalną mogę przestać być sobą? Bo tego, że moja wiara i przekonania są częścią mnie, chyba nie muszę nikogo przekonywać.” I odpowiem na to teraz: Tak, w moim przekonaniu, podejmując działalność publiczną, o jakimkolwiek charakterze, muszę wiedzieć, że jestem postrzegany jako członek Kościoła Katolickiego. Jestem wobec tego zobowiązany do kierowania się zasadami tego Kościoła, również w mojej publicznej działalności. Powiedziałbym nawet więcej, jeżeli moja relacja z prawdami mojej wiary jest nijaka, lepiej, bym się za tą działalność nie brał, lub zmilczał moje wyznanie. Jestem zobowiązany być sobą i to w pełni. To głosił i pokazywał w swej działalności Jan Paweł II.
Jan Paweł II głosił również, że zbliża się wiosna Kościoła, a nawet że już się zaczyna. Zdaję sobie sprawę, że niewiele jeszcze jej widać, ale pamiętajmy o tym, że wiosna nie zaczyna się majem i kwitnącymi drzewami, ale marcem. Pluchą, starym śniegiem i przednówkiem. Trzeba nam nie wielu, ale dobrych działaczy, którzy będą swoją działalnością w sposób świadomy brali udział w głoszeniu Dobrej Nowiny. Powszechne apostolstwo nie jest tylko definicją z Katechizmu Kościoła Katolickiego, ale realnym zrozumieniem swego, społecznego powołania. Apostołować i głosić Dobrą Nowinę można zarówno z ambony jak i kółku sportowym czy kulturalnym. Apostołowanie takie. To cały system wartości. Zachowania i sposób podejmowania decyzji zgodny przede wszystkim z przykazaniami miłości.
Nie trzeba nam wielości ale jakości. Gdybyśmy zechcieli spojrzeć na to znów oczyma Biblii. Jest taka historia opisana w Księdze Sędziów, rozdziale 7. Oto armia Izraela pod wodzą Gedeona stoi naprzeciwko wojsk Madianitów, Amalekitów i wielu innych. Byli, jak mówi Biblia, „zebrani jak szarańcza”. Pan Bóg każe kilkakrotnie redukować siły izraelskie, aż pozostaje 300 wojowników. I oni to pokonują zgromadzone hordy nieprzyjacielskie. Pytanie tylko, czy my w to naprawdę wierzymy?
Jak już stwierdziłem, żyjemy w trudnych czasach. Czasach agresywnego neopogaństwa. Czasy, które są przed nami, w moim przekonaniu, będą jeszcze trudniejsze. Tym bardziej trzeba nam świeckich katolików, którzy na niwie kulturalnej i społecznej będą w stanie prowadzić walkę. Świadomie nazywam tę działalność walką. Myślę, że wcześniej przytoczone przykłady, a mógłbym je mnożyć, przekonały nas o tym.
Współczesne czasy wymagają świadomego działania. Wymagają walki. Walki opartej nie na przemocy czy stosowaniu ogólnie przyjętych metod, ale walki opartej na przykładzie naszego Mistrza. Przeciwstawiania się pogańskiej kulturze i praktycznemu materializmowi w taki sposób, jak On nas tego nauczał. Popatrzmy na scenę umywania nóg. Nie trzeba być Matką Teresą z Kalkuty i iść do ludzi takiej nędzy i biedy. Tylko, czy znamy takiego działacza, czy nawet bardziej – czy jestem takim działaczem, który uważa się za sługę swoich wyborców? Czy umywam im nogi?
I może na zakończenie jeszcze jedno. To wszystko trzeba odnieść do siebie. Nie do: „tego drugiego”. Faryzejskie „wyciąganie drzazgi” z oka bliźniego jest niestety szeroko rozpowszechnione. Znamy to z naszej działalności. Zacznijmy od siebie, innym zostawiając wolność, a ich ocenę może Komuś, kto to lepiej zrobi od nas. Bądźmy wdzięczni za każdą pomoc, a nie narzekajmy dlaczego otrzymujemy jej tak mało. Należy skończyć z modnym tak w naszych organizacjach, radach i grupach rozliczaniem innych. Przestańmy wierzyć w zasadę polskiego kotła, w polskie wady czy hasła typu „tak jest zawsze”. Będzie tak, jak będziemy chcieli by było, jeżeli zaczniemy właśnie od umywania sobie wzajemnie nóg, a za wszelką twórczość będziemy wdzięczni Dawcy wszystkiego.
To jest nasza szansa. To jedyna alternatywa dla świata dookoła. Pozwolić aby naszą działalność, działalność świeckich katolików, przesiąknęła świadoma wiara i pragnienie naśladowania naszego Mistrza i Pana. To jest gwarancją, że przetrwa nasza wiara, nasza polskość i nasze ideały. Jednocząca się Europa będzie się musiała liczyć z polakami i katolikami, jeżeli nasza działalność stanie się autentyczna i wiarygodna, to znaczy, potwierdzona naszym życiem i praktyką przekonań religijnych, przede wszystkim w odniesieniu do siebie.
|