Sensacja!

okladka303-mala

Jest

niemiecki przekład

„Dywizjonu 303”

kliknij - tutaj

 

 

Słuchaj radia

po polsku

Polacy w Niemczech 5

kliknij - tutaj

 

Polacy w Niemczech 8

Zamów

Magazyn Polonii

PO-PROSTU

www.po-prostu.eu/

Uwaga!

W sali wydawnictw prasowych monachijskiej Biblioteki Miejskiej w Gasteigu (Rosenheimer Str. 5) są do dyspozycji bieżące wydania „Gazety Wyborczej”. Można je przeczytać również bez Bibliotheksausweis! Biblioteka jest czynna od poniedziałku do piątku w godzinach 10.00-19.00 i w soboty w godzinach 11.00-16.00.

 

Badanie ankietowe młodej Polonii!

Jeżeli wolisz odpowiedzieć na ankietę w języku polskim

kliknij – tutaj

Jeśli w języku niemieckim

kliknij – tutaj

 

Zdrowie
w rodzinie!
 
Polacy w Niemczech 10
 
kliknij
Wiecej info

Pomoc psychologa!

 
Polacy w Niemczech 11
 
kliknij
Wiecej info.
Medycyna naturalna!
 
Polacy w Niemczech 12
 
 
Kliknij - Wiecej info.

Tłumacz

przysięgły języka

POLSKIEGO

DOMINIKA HILGER

kliknij - Wiecej Info.

Tłumaczenia i

Informacje

Polacy w Niemczech 14

kliknij - Wiecej info.

Izabela S. Demacker

Rechtsanwältin

Gabelsbergerstrasse 9

80333 München

Fon.: 089/85 63 63 55

Fax: 089/85 63 63 56

www.kanzlei-demacker.de

info@kanzlei-demacker.de

kliknij - Wiecej info.

Polonia w Niemczech 6

Blisko tajemnicy wszechświata

O sensie istnienia wszechświata i miejscu w nim człowieka rozmawia z ks. prof. Michałem Hellerem, światowej sławy kosmologiem i teologiem, laureatem prestiżowej Nagrody Templetona, dyrektorem Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych rozmawia Agnieszka Waś-Turecka

Agnieszka Waś-Turecka: - Wielokrotnie był ksiądz profesor pytany o sens życia: co nim jest, czy jesteśmy w stanie go poznać. W jednym z wywiadów powiedział ksiądz: "Jeśli dojdziemy do wniosku, że życie nie ma sensu to wówczas i nauka nie ma sensu, i wszechświat nie ma sensu, i wszystko staje się bezwartościowe". Moje pytanie jest zatem inne: czy wszechświat może istnieć bez sensu? Czy nie jest tak, że to człowiek, a ogólniej inteligentne życie, nie potrafi wyobrazić i uzasadnić sobie innej opcji?

Ks. prof. Michał Heller: - Chyba nie może... Ale, przede wszystkim, słowo sens ma bardzo wiele znaczeń. Musimy zdecydować się, o czym mówimy. Weźmy wyraz "stół" - ten wyraz ma swój sens, bo ja rozumiem, o co chodzi. Jakieś pojęcie ma zatem sens, ponieważ rozumiem jego treść. Gdy mówimy o sensie życia czy sensie wszechświata, nie o to chodzi. Jest też pojęcie sensu troszkę szerzej rozumiane i bardziej zbliżone do tego, o czym rozmawiamy - ktoś może np. uważać, że działalność artystyczna nadaje sens jego życiu, ktoś inny stracił natomiast sens życia, ponieważ odszedł ktoś bliski. To jest bardzo ważne rozumienie sensu, ale to jest rozumienie subiektywne. Gdy mówimy o sensie wszechświata to to jest sens, który nie zależy od naszego istnienia, od naszych poglądów - tylko albo wszechświat ma sens, albo nie ma sensu - tak jak to, że tu na stole leży książka, albo nie leży. I choćby cały świat się umówił, że jej tu nie ma, a ona jest, to i tak jest. I to jest zagadnienie filozoficzne - czy wszechświat ma sens czy nie? Nauki przyrodnicze takie jak fizyka, astronomia, kosmologia nie są w stanie zadecydować, czy wszechświat ma sens czy nie, bo problem sensu leży poza zasięgiem metod nauk przyrodniczych. Nauki przyrodnicze zajmują się tym, co się da zbadać albo empirycznie, albo przy pomocy metody matematycznej. To czy wszechświat ma sens nie da się potwierdzić empirycznie. Metoda nauk przyrodniczych jest zatem neutralna wobec tego zagadnienia - nie może twierdzić, że ma sens albo, że go nie ma, bo to wykracza poza jej domenę. Ale granice racjonalności nie pokrywają się z granicami nauki. Może być dyskurs racjonalny, który wykracza poza naukę, np. filozofia. Nie ma ona jednak tak doskonałych metod, jak nauki przyrodnicze i jedne systemy filozoficzne powiadają, że wszechświat ma sens obiektywny, a inne powiadają, że nie, np. jakaś filozofia tragiczna a'la Schopenhauer czy jakiś skrajny egzystencjalizm. Te kierunki nie są jednak w większości. Przede wszystkim wszechświat wydaje się niezmiernie racjonalny, poddaje się badaniom rozumowym. Wszechświat nie jest chaosem. We wszechświecie jest więc coś zbliżonego do jakiegoś sensu. W każdym wszechświecie, jaki możemy sobie wyobrazić, jakieś prawa działają. Gdyby nie działały taki wszechświat nie mógłby istnieć, bo byłby rozrywany sprzecznościami. Np. nie może istnieć świat, w którym 2 + 2 byłoby równe cztery i jednocześnie nierówne cztery, bo to jest sprzeczność i to wyłącza z istnienia, więc każdy wszechświat w jakimś stopniu jest racjonalny.

Porównując nasze życie i nasze problemy z ogromem wszechświata nie można oprzeć się wrażeniu - co my tutaj tak właściwie robimy? Po co tu jesteśmy? Przecież nasz wpływ na wszechświat jest żaden. Rodzimy się i umieramy... Jak radzić sobie z tą frustracją, z tą bezsilnością?

Można popaść w frustrację i niektórzy faktycznie w nią popadają. Ale można na to popatrzeć inaczej. Istnieje proste rozumowanie - aby na jednej planecie zawiązało się życie, to wszechświat musi być ogromny. Ja nie twierdzę, że nie ma innych zamieszkanych planet, ale nawet gdyby życie było tylko na jednej planecie, to ono nie mogłoby powstać, gdyby wszechświat nie był wielki i stary. Dlaczego? Bo życie biologiczne, takie jakiego my jesteśmy nosicielami, opiera się na chemii węgla. Żeby wyprodukować węgiel wszechświat musi mieć bardzo długi wiek. Węgiel powstaje dopiero w trzeciej-czwartej generacji gwiazd. Żeby ta ewolucja pierwiastków chemicznych mogła się dokonać musi upłynąć około 10 miliardów lat. Jeśli wszechświat cały czas się rozszerza, to w tym czasie musiał się rozdąć do kolosalnych rozmiarów. A zatem do wyprodukowania życia na jednej planecie potrzebny jest ogromny i stary świat - widzimy wtedy, że ten człowiek wcale nie musi być czymś marginalnym w historii wszechświata, tylko jest jakoś istotą wyróżnioną. Poza tym wartości człowieka nie należy mierzyć jego rozmiarami w stosunku do skali wszechświata. Jeśli weźmiemy inne kryterium i będziemy mierzyć stopniem skomplikowania, to okazuje się, że struktury tak skomplikowanej jak pojedynczy ludzki mózg nie ma w całym wszechświecie. Co więcej cały znany nam ogromny wszechświat jest mniej skomplikowany niż pojedynczy ludzki mózg.

Biorąc jednak pod uwagę granice naszego poznania, to jak niewiele jeszcze o wszechświecie wiemy, może się okazać, że gdy poznamy go lepiej, odkryjemy, że istot nam podobnych jest więcej i wcale nie jesteśmy tacy wyjątkowi.

To zagadnienie ma bardzo długą historię. Potocznie się mówi, że Kopernik zdegradował człowieka - uważano, że człowiek jest w centrum wszechświata, a potem nagle się okazało, że jesteśmy na przedmieściach przeciętnej galaktyki. Niekiedy nazywa się to zasadą kosmologiczną, to że jesteśmy czymś bardzo przeciętnym. Chociaż to jest uproszczone twierdzenie, bo w średniowieczu nikt nie twierdził, że człowiek jest centrum wszechświata. Faktycznie uważano, że Ziemia jest w środku świata, ale nie dlatego, że jest taka ważna, tylko dlatego, że jest zrobiona z najcięższych odpadów kosmicznych, jest rodzajem śmietnika, który się zapadł. W nauce nigdy nie należy mówić nigdy, bo to się może zmienić, gdy nauka się rozwinie. Ale z drugiej strony w rozwoju nauki jest tak, że postęp naukowy odznacza się pewną ciągłością - tzn. stare teorie nie są na ogół odrzucane, ale są wchłaniane przez nowe teorie jako szczególne przypadki. Nauka rozwija się więc kumulując. Rzadko kiedy odrzuca całkowicie coś starego. Także na podstawie dotychczasowego rozwoju nauki możemy trochę przewidywać, jak to będzie w przyszłości.

To znaczy?

Będzie podobnie, ale bardziej ogólnie. Nauka rozwija się poprzez uogólnianie teorii. Jak poszukujemy w tej chwili kwantowej teorii grawitacji - co jest dziś zadaniem numer jeden fizyki, jakieś teorie superstrun, M-teorie, czy teorie pętli, czy jeszcze inne - to nie wiemy, jak ta teoria będzie wyglądała, ale jedno wiemy - ona nie obali dzisiejszej mechaniki kwantowej ani dzisiejszej fizyki relatywistycznej, tylko je wchłonie. Czyli nauka rozwija się uogólnieniami. I to jest też wskazówka, jak szukać tych nowych teorii - poprzez uogólnienia. Tylko, że te uogólnienia mogą iść w różnych kierunkach i tu jest problem.

Czy można pokusić się o takie stwierdzenie, że sensem istnienia wszechświata jest życie?

Myślę, że nie... Nie wiem. Powiedzmy tak - ja osobiście myślę, że wszechświat ma obiektywny sens, ale sądzę, że my tego sensu nie znamy. Ale co innego jest twierdzić, że wszechświat jest bezsensowny, a co innego, że go nie znamy. Jeśli czegoś nie znamy to może być po prostu tajemnicą, która akurat nas przewyższa. Nauka żyje tajemnicami, które może kiedyś odkryjemy. Sens wszechświata może na zawsze pozostać dla nas tajemnicą, ale czym innym jest wiara w absurd, a co innego w tajemnicę. Jednak i ten wierzący w absurd i ten wierzący w tajemnicę, nie znają tego sensu - ale różnią się między sobą. Myślę, że podobnie może to dotyczyć sensu życia indywidualnego człowieka. Ktoś może twierdzić, że moje życie nie ma sensu i strzelić sobie w łeb, a ktoś inny powie - ja nie wiem, jaki ono ma sens, ale jakiś ma i ja w to wierzę. Człowiek religijny będzie na pewno upatrywał sensu życia w jakiś sposób związanego z Bogiem. I dlatego myślę, że religie są tak niezniszczalne - nauka nie rozwiązuje problemu sensu istnienia, a człowiek tym zagadnieniem istotnie żyje i dlatego szuka go poza nauką.

W ostatnim czasie badacze kilkakrotnie donosili o odkryciu planet podobnych do Ziemi. Odkrycie życia pozaziemskiego wydaje się więc kwestią czasu. Kilkakrotnie mówił ksiądz profesor, że to odkrycie w większym stopniu wpłynie na religię niż na naukę. Dlaczego?

Po pierwsze, ja nie wiem, czy odkrywanie coraz większej liczby planet doprowadzi do tego, że prędzej czy później odkryjemy gdzieś inne istoty żywe. Po prostu nie wiemy. Szansa jest większa, ale czy te planety są puste czy nie tego po prostu nie wiemy. Jedynym sposobem naukowym jest sprawdzić i poczekać. Póki nie odkryjemy to to są tylko domysły. Prawdą jest jednak to, że sądzę, iż z punktu widzenia religijnego spotkanie innych istot rozumnych będzie niesamowicie ciekawą przygodą. Przede wszystkim problem czy się z nimi porozumiemy. Proszę zwrócić uwagę, że na Ziemi ludziom jest się bardzo trudno porozumieć. Kłócą się nieustannie i prowadzą wojny, mimo że mają wspólną psychikę i wspólne korzenie. Co dopiero będzie, gdy spotkamy kogoś zupełnie innego... Załóżmy jednak, że się jakoś da porozumieć. Właściwie całą na to nadzieję pokładamy w tym, że w każdym świecie matematyka jest taka sama. Jeśli komuś pokażemy dwa kamyki i dwa kamyki to on będzie wiedział, że ich jest razem cztery, choć na pewno inaczej to nazwie. Przypomina mi się taka książka nieżyjącego już astronoma Freda Hoyle'a "The Black Cloud". Mianowicie czarna chmura zbliża się do Ziemi, ale ta czarna chmura jest inteligentna. To jest zupełnie inna inteligencja niż się spodziewamy - żaden zielony ludzik, po prostu chmura, która wytworzyła w sobie wyższą od ludzkiej inteligencję. Chmura zbliża się do Ziemi, jest potężniejsza od nas, nie wiadomo jakie są jej zamiary. Wtedy z całego świata zbierają się naukowcy i radzą, jak sobie z tą sytuacją poradzić. Pierwszy problem - jak się z tą chmurą porozumieć. Radzą, radzą, nie mogą nic wymyślić. Anglik sobie pyka spokojnie fajeczkę i dopiero na końcu mówi: "Ja tu właściwie nie widzę żadnego problemu. Jeśli ona jest inteligentniejsza od nas to niech się nauczy po angielsku!". Załóżmy jednak, że jakoś nam się uda porozumieć. Wtedy konfrontacja naszych przekonań naukowych, a także filozoficznych, religijnych może być bardzo pasjonująca. Ciekawe, że nie ma książek theology fiction, philosophy fiction, choć kilka bym może potrafił wymienić...

Jak takie spotkanie z "innymi" może wpłynąć na religię?

Myślę, że na mniejszą skalę już to przerabialiśmy. Weźmy średniowiecze - poza Europą i trochę Azją nic nie było znane. Potem nastąpił okres odkryć geograficznych - Ameryki, drogi do Indii. Dla ówczesnych ludzi to mógł być szok porównywalny z tym, jaki ludzkość mogłaby przeżyć przy spotkaniu z obcymi. Była taka historia, że w tamtym czasie wpłynęło do Świętego Oficjum zapytanie, czy Indianie amerykańscy są ludźmi, czy mają duszę. Dopiero po bardzo solidnych badaniach wydano orzeczenie, że mają. Widać więc, że to rzeczywiście był szok. Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do zalewu różnych szokujących informacji, także myślę, że odkrycie jakiejś zamieszkanej planety - myślę, że to nieprędko nastąpi, o ile w ogóle - to będzie mniejszy szok niż odkrycie Ameryki przez Kolumba.

Czyli jesteśmy na obcych przygotowani?

My jesteśmy przygotowani do rewolucji i innych szoków. Telewizja już o to zadbała.

W najnowszej książce "Jak być uczonym" pisze ksiądz profesor: "Wiedza jest dobrem. Zdobywając ją stajemy się lepsi. Zdobywając ją z nastawieniem ku dobru zdobywamy ją lepiej". Skąd wiadomo, gdzie szukać tego dobra? Jak je rozpoznać?

Ta książka w całości adresowana jest do ludzi, którzy chcą być uczonymi. Gdy chodzi o dobro, to z dobrem zawsze jest jednakowa sprawa - dobro jest w każdym człowieku. W jednych jest w zarodku, w innych bardziej rozwinięte, ale każdy człowiek ma wielkie pokłady dobra. Uprawianie nauki jest zajęciem, które bardzo głęboko wnika w psychikę człowieka. Nie można być tak naukowcem jak kierowcą ciężarówki - osiem godzin dziennie a potem mam wolne. Nauka to jest sposób na życie. Nauka powinna przesiąkać właściwie całe życie, a jeżeli tego nie robi, to jest się jakimś marnym rzemieślnikiem nauki. Powinien być ścisły związek między tym dobrem, które jest człowieku, a nauką, którą człowiek robi. Nauka powinna nas uszlachetniać - bo poznawanie prawdy to wielkie dobro. A z drugiej strony dobro, które w nas jest, powinno rzutować na to, co robimy. To ma jeszcze szerszy aspekt - droga do tego, by być naukowcem zawsze prowadzi przez edukację, zdobywanie wykształcenia. W nowoczesnych społeczeństwach edukacja polega głównie na przekazywaniu umiejętności, pewnego zasobu wiedzy. Natomiast kwestię rozwoju osobowości pozostawia się rodzicom, domowi, albo po prostu zostawia się to na "pastwę losu". To jest coś bardzo złego. Wychowanie jest jednostronne - jakby się rozwijało tylko jedną półkulę mózgową. Tymczasem powinno być to traktowane spójnie, ponieważ człowiek, który uprawia naukę, który traktuje to jako zawód, musi też tym trochę żyć. W starożytnej Grecji był spór, czym jest filozofia. Sofiści uczyli za pieniądze, to był ich zawód. Natomiast Sokrates, Platon twierdzili, że nie można sprzedawać wiedzy. Wiedza to dobro i my nigdy tej mądrości całkowicie nie zdobędziemy, zawsze będziemy w drodze do mądrości. Dlatego człowiek, który się zajmuje wiedzą nie może być mędrcem, może być jedynie przyjacielem mądrości, który jest w stałej drodze do tej mądrości. Dlatego filozof to właśnie przyjaciel mądrości. Coś w tym stylu powinno być i dzisiaj w nauce - każdy z nas powinien być w pewnym sensie tym przyjacielem mądrości i być w drodze do mądrości.

Dlaczego zdobywając wiedzę "z nastawieniem ku dobru zdobywamy ją lepiej"?

Dlatego, że traktujemy to jako powołanie, a nie coś, co można robić od jednej godziny do drugiej i potem zapomnieć. Po prostu człowiek lepszy moralnie, osobowościowo lepszy na pewno będzie zawsze lepiej wykonywał to, co robi. W nauce pewnie jeszcze bardziej niż w innych dziedzinach.

W przeszłości spotkaliśmy się z przypadkami, że Kościół hamował rozwój nauki - np. teoria kopernikańska. Teraz Kościół sprzeciwia się in vitro, badaniom nad komórkami macierzystymi. Czy to znów nie jest hamowanie? Czy naukę da się jeszcze w ogóle zahamować?

Myślę, że nauki na da się zahamować, dlatego że człowieka drążą pewne mechanizmy ciekawości i zawsze będzie działać idea zakazanego owocu - choćby nie wiem jakie zakazy były, to ktoś te zakazy prędzej czy później przełamie. Ale z drugiej strony pewne reguły postępowania w nauce powinny być.

W przeszłości spotkaliśmy się z przypadkami, że Kościół hamował rozwój nauki - np. teoria kopernikańska. Teraz Kościół sprzeciwia się in vitro, badaniom nad komórkami macierzystymi. Czy to znów nie jest hamowanie? Czy naukę da się jeszcze w ogóle zahamować?

Po pierwsze, są pewne reguły etyczne i one obowiązują wszędzie, i w życiu prywatnym i naukowym. Ktoś, kto robi odkrycie naukowe, po to by pomóc terrorystom to na pewno postępuje źle.

Ale to jest skrajny przypadek.

Na skrajnych przypadkach najlepiej widać, że takie zasady muszą być. Konkretny problem zawsze jest trudny do rozwiązania, a w skrajnościach widać konieczność pewnych zasad. Społeczeństwo ma zresztą wbudowane w siebie pewne mechanizmy hamujące, np. ekonomia. W Ameryce uczeni zaczęli budować akcelerator dużo większy nić w CERNie - wykopali bardzo długi tunel podziemny, a potem musieli go zasypać, bo rząd skasował pieniądze. Zatem zewnętrzne ograniczenia zawsze istnieją. Poza tym uprawianie nauki jest procesem społecznym - dlatego te społeczne rzeczy nakładają się na to, co nauka by chciała. W średniowieczu Kościół spełniał rolę czegoś w rodzaju ponadnarodowej akademii nauk. Był jedyną organizacją, w ramach której odbywały się badania. Przejście od czasów średniowiecznych do czasów nowożytnych to nie tylko Galileusz, Kopernik, Newton, ale, przede wszystkim, usamodzielnienie się nauki. Zaczęły się wtedy tworzyć uniwersytety poza Kościołem. Dzisiejszy świat nauki funkcjonuje już zupełnie poza Kościołem. Smutna sprawa Galileusza nauczyła Kościół, że uprawianie nauki po prostu nie leży w jego kompetencjach. Kościół zajmuje się sprawami moralności, wiary, a ingerencja w sprawy nauki, np. w sprawie Kopernika była błędem. Dzisiaj Kościół to w pełni uznaje. Kościół wie, że nie ma władzy orzekać, czy dana teoria jest prawdziwa czy nie. To są mechanizmy wewnątrznaukowe. Kościół może najwyżej powiedzieć "ta teoria lub taka jej interpretacja sprzeciwia się takiej, a takiej nauce Kościoła, ale tylko tyle. W naukę nie może ingerować. To co dziś Kościół robi, to właśnie wskazanie, że takie są zasady moralne i jeśli ktoś chce być w zgodzie z Kościołem to nie powinien ich przekraczać. (za Interia.pl)

Polonia Polacy w Niemczech